<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986</id><updated>2011-12-13T07:13:32.645+01:00</updated><category term='organizacyjne'/><category term='Inkwizytor'/><category term='Paser'/><category term='Sezon 1'/><category term='Łowca'/><category term='Herbaciana'/><category term='Czarownica'/><category term='Jędza'/><title type='text'>Sigillum Diaboli</title><subtitle type='html'>blog na czarownice</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>31</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-3858741266919153222</id><published>2009-12-04T10:58:00.001+01:00</published><updated>2009-12-04T10:58:11.084+01:00</updated><title type='text'>Ostatnia strona okładki</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Postanowiłem dołożyć tę stronę ze względu na nowych czytelników. Bez niej lądowaliby bezpośrednio na ostatniej stronie tej opowieści poznając jej zakończenie już w pierwszym kontakcie z Sigillum Diaboli.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zapraszam do lektury - od początku, od pierwszej notki najdalej w archiwum. I zapraszam do odwiedzania &lt;a id="o.9x" href="http://sigidia2.blogspot.com" title="Sigillum Diaboli 2"&gt;Sigillum Diaboli 2&lt;/a&gt; - kontynuacji mojej opowieści, której pierwsze odcinki planowane są na koniec grudnia 2009 / początek stycznia 2010.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-3858741266919153222?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/3858741266919153222/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=3858741266919153222' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/3858741266919153222'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/3858741266919153222'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/12/ostatnia-strona-okadki.html' title='Ostatnia strona okładki'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-4844299029940898773</id><published>2009-12-03T09:38:00.001+01:00</published><updated>2009-12-03T09:38:27.548+01:00</updated><title type='text'>Finał cz. 2</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;W małej winiarni w zaułkach Starówki Anna Mróz i Marzena Laskowska raczyły się butelką argentyńskiego merlot. Choć raczyły się to nie jest dobre słowo. Wino wybrały szybko, bez zastanowienia. Chciały po prostu napić się i pogadać. Ruda czarownica była w rozterce.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Trzymasz się? - zapytała Anna.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I tak i nie. Sama nie wiem. Poszłam za Jagą, żeby się nie bać, a teraz boję się jeszcze bardziej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dlaczego? Sabat się rozpadł, ale to jeszcze nie koniec świata. Jesteś mniej więcej w tym samym miejscu, co kilka tygodni temu. Niezależna. Możesz odbudować swój mały sabacik i żyć dalej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Marzena żachnęła się, rzucając burzą loków i omal nie strącając kieliszków.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie jestem w tym samym miejscu. Helena Szablewska okazała się agentką biskupa Morawskiego. Wie o nas wszystko. I wszystko mu powiedziała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wie wszystko i zawsze wiedziała. Zawsze. Nie miałyśmy przed nią tajemnic od kilkudziesięciu lat. Problemem biskupa nie był brak informacji. On po prostu nie miał dość ludzi, dość władzy, dość społecznego przyzwolenia, żeby coś zrobić. Łapał pojedyncze czarownice, najgroźniejsze według jego pokrętnych kryteriów. A teraz nawet tego nie zrobi, bo go odwołano.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Odwołano? - zdziwiła się Marzena.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Przeszedł na przymusową emeryturę. Siedzi gdzieś na prowincji, w domu księdza seniora. Może co najwyżej muchy łapać. - Anna wzięła koleżankę za rękę uspokajającym gestem. - Poszukaj klientek i odbuduj sabat, czy też &lt;i&gt;coven&lt;/i&gt;, jak mówisz. Żyj.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Marzena Laskowska odchyliła się na oparcie i przez półprzymknięte powieki patrzyła w sufit. Jej głowa wypełniła się wspomnieniami dobrych lat i planami na niedaleką przyszłość. Obdzwoni znajome, znajdzie kilka znudzonych a zamożnych żon swoich mężów. Da im tajemnicę, urodę i romans, a w zamian weźmie komfort i zbytek. Mmm - pomyślała - chyba stać mnie na kolejną butelkę wina. Lepszego wina.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Popielniczka, nad którą unosiła się eteryczna postać Zuzanny Kanak, stała na stole, żeby stara czarownica mogła sobie powyglądać przez okno. Samo okno zasłonięte było firanką. Dzięki temu ze środka widać było, co się dzieje na ulicy, ale nie na odwrót. Czarownica, najwyraźniej znudzona oglądaniem przechodniów, unosiła się w pozycji siedzącej z zamkniętymi oczami. Nazywała to medytacją, choć nigdy nie przeszkadzało jej to prowadzić równocześnie rozmów z Antonim. Mężczyzna wrócił właśnie z kolejnej wyprawy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Przyniosłeś coś? - zapytała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie - mruknął. - Ale załatwiłem kilka spraw.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wziąłbyś się za robotę. Wychodzisz, coś załatwiasz, ale niczego nie przynosisz. Ani klejnotów do wyceny, ani pamiętników, ani nic.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- O, właśnie. Dobrze, że mi przypomniałaś. Mam coś na pamiątkę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wyjął zza pazuchy jaspisową figurkę i zważył ją w dłoni. Była bardzo lekka. Obejrzał postać tańczącej kobiety i spróbował policzyć jej ręce - zwielokrotnione bądź to dla podkreślenia ruchu, bądź z sympatii dla bogini Kali. Za każdym razem wychodziła mu inna liczba, za każdym razem - nieparzysta.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Pokaż - powiedziała Zuza.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie będę jej sprzedawał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie szkodzi, pokaż - poprosiła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Antoni postawił figurkę na stoliku przed czarownicą i poszedł do szafy odwiesić marynarkę. Gdy wrócił zielona tancerka była w rękach jarzącej się coraz silniejszym niebieskim światłem Zuzanny. W rękach - uniesiona do góry! Czarownica odzyskiwała materialną postać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Kurwa, bateryjka! - rzucił się naprzód, by wyrwać Zuzie rezerwuar mocy Jagody Anusz, którego głupio nie sprawdził.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Za późno. Czarownica obróciła się, zasłaniając statuetkę własnym, świeżo odzyskanym ciałem. Z tego obrotu rąbnęła mężczyznę figurką w głowę i zeskoczyła ze stołu. Antoni zatoczył się, przyłożył ręce do czoła, ale nie stracił przytomności. Cios staruszki był zbyt słaby, by go ogłuszyć. Stali naprzeciw siebie, Zuza z figurką wyciągniętą przed siebie jak sztylet, Padewski z jedną dłonią przy głowie, a drugą rozcapierzoną w geście wyrażającym chęć duszenia.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I co teraz? - zapytała czarownica.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Powinienem cię zapieczętować.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- W moim wieku równie dobrze mógłbyś mnie zabić. Nawet lepiej, mniej roboty. Zamierzasz?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Raczej nie - westchnął zrezygnowany. - Jesteś nieszkodliwą wariatką. Puszczę cię wolno. Możesz iść.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zuzanna wyprostowała się, opuściła statuetkę, wreszcie odstawiła ją na stojący obok regał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zaraz, zaraz - powiedziała. - To mój dom. Ty możesz sobie iść.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Niby dokąd?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A co mnie to obchodzi? Jak ty mnie puszczałeś wolno w łaskawości swojej, to się nie pytałeś dokąd pójdę. Idź sobie choćby do świeżo odnalezionej mamusi. Popierze ci, poprasuje, jakiś obiad zrobi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie tracisz rezonu - Padewski roześmiał się i machnął ręką. - Dobra. Spakuję się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Czarne audi A6, przytarte w kilku miejscach, zajechało z piskiem pod apartamentowiec. Karolina Maślak wyskoczyła z krzywo zaparkowanego wozu i wbiegła do holu. Konsjerż chciał ją zatrzymać, ale minęła go bez jednego słowa. Głupia kurewka - pomyślał, biorąc dziewczynę za utrzymankę któregoś z mieszkańców i spojrzał na porysowany samochód, - tyle dobra się marnuje. Tymczasem Karolina wsiadła do windy i pojechała w górę, do Jagi. Jej adres znalazła na krótkiej, niestety, liście w portfelu księdza Jakuba. Krótkiej i zawodnej - wcześniej sprawdzone mieszkania były puste, niektóre otwarte i najwyraźniej opuszczone w pośpiechu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zapukała i weszła do środka, nie czekając na odpowiedź. Słusznie, nie doczekałaby się. Jadwiga Anusz leżała w szlafroku na ogromnym łóżku, rozczochrana, pobladła, w niemym stuporze. Spod łóżka wystawały nogi wyraźnie już śmierdzącego trupa.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wstawaj! - krzyknęła Karolina. - Wstawaj jędzo, zwijamy się!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Szarpnięta za rękę Jaga uniosła się posłusznie do pozycji siedzącej i znów w niej zastygła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wstawaj! - dziewczyna uklękła przed czarownicą, uniosła jej palcami powiekę, spoliczkowała dwukrotnie. - Jedziemy, trupa tu masz!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jadwiga otworzyła i zamknęła usta. Nie potrafiła powiedzieć ani słowa, zresztą nie wiedziała nawet, co ma powiedzieć. Karolina wstała, wyjęła z szafy wybrany na chybił-trafił płaszcz i rzuciła go na łóżko.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ubieraj się! - rozkazała, po czym sama zaczęła zdzierać z Jagi szlafrok.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wcisnęła nagie ręce czarownicy w rękawy płaszcza, po czym prawie gołą i zupełnie bosą wywlokła z apartamentu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jedziesz ze mną - powiedziała, prowadząc Jagodę pod rękę. - Musisz mnie wszystkiego nauczyć.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;b&gt;KONIEC&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-4844299029940898773?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/4844299029940898773/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=4844299029940898773' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4844299029940898773'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4844299029940898773'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/12/fina-cz-2.html' title='Finał cz. 2'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-893968733063318466</id><published>2009-11-22T22:50:00.002+01:00</published><updated>2009-11-29T09:13:02.839+01:00</updated><title type='text'>Finał cz. 1</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Na jednej z ławek wokół fontanny w Ogrodzie Saskim siedział staruszek. Z kieszeni płaszcza wyjął papierową torbę z ziarnem i zaczął sypać je na alejkę. Gołębie z placu Piłsudskiego natychmiast zleciały się i zaczęły dziobać, przepychając się i odpędzając mniejsze ptaki. Staruszek nie patrzył na nie. Sypał machinalnie i ostrożnie rozglądał się spod kaszkietu po okolicy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Po kwadransie dostrzegł wreszcie wyczekiwaną osobę. Szła od strony ulicy Królewskiej, minęła plac zabaw i wolnym krokiem zbliżała się do fontanny. Wyglądała na rówieśnicę staruszka, ale zdawała się bardziej zmęczona życiem. Podeszła do ławki, niemal przepychając się między gołębiami, jak mały, słaby ptaszek. Usiadła z brzegu i milczała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Heleno? - mężczyzna przerwał ciszę - Masz coś dla mnie?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Helena Szablewska wyjęła z torby grubą kopertę formatu A4 i położyła ją na deskach ławki między nimi. Trzymała jeszcze przez chwilę dłoń na paczce, jakby nie była pewna, czy chce ją oddać. Wreszcie cofnęła rękę. Biskup Jan Morawski, zmieniony przez cywilny strój nie do poznania, zabrał i otworzył kopertę. Skrzywił się, widząc ręcznie zapisane kartki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie masz tego w pliku?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co? - stara czarownica wydawała się zaskoczona pytaniem. Najwyraźniej nie rozumiała, o co chodzi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nieważne. To wszystko?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak. Wszystkie członkinie Wielkiego Sabatu. Nazwiska, adresy, doświadczenie, specjalizacja, funkcje w Sabacie i stanowisko w Magick-Net. Pełne dossier.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Brawo - pochwalił ją biskup. - Zadanie wykonane. Jesteś wolna.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jestem stara - westchnęła. - Zmęczona.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Helena zwiesiła głowę i wbiła wzrok w czubki butów. Palcami skubała guzik od jesionki, zbyt ciepłej na tę porę roku. Morawski widział, że kobieta zamierza go o coś poprosić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Czego chcesz? - zapytał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Niczego po sobie nie zostawię. Ale pomyślałam... może mógłbyś dać spokój tym sklepikom zielarskim? One niczemu nie szkodzą. To tylko zioła, a byłaby taka pamiątka, taki gest dla mojej siostry.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Biskup pokręcił głową.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To tylko zioła - westchnął. - Słyszałem to, gdy twoja siostra zakładała Herbapol. Może i tak. Może wtedy były to tylko zioła. Ale sklepiki twojego Sabatu to nie są niewinne ziółka. &amp;nbsp;Ta młoda jędza, jakże jej?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jadwiga Anusz - podpowiedziała Szablewska.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ta Anusz organizuje wylęgarnię okultystycznych praktyk. Ziółka! - wykrzyknął, aż się gołębie spłoszyły - Narkotyki, demony, rozpusta i siedlisko zła. Wierz mi, wobec reszty podejmę kroki prawne, ale tej jednej nie daruję i wyślę do niej ludzi po staremu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zapadła cisza. Nie tak się umawiali. Denuncjacja miała doprowadzić do cywilizowanego zakończenia konfliktu. Morawski pożałował, że nie ugryzł się w porę w język. Ale wątpliwość Heleny okazała się dotyczyć czegoś innego.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Czyli jeszcze nie wysłałeś? - zdziwiła się czarownica.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie. A co?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jaga zniknęła. Nie daje znaku życia. Nie odwiedza mnie, nie dzwoni, telefonów nie odbiera.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie mam z tym nic wspólnego.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Może Kowalczuk?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Może - biskup zagryzł wargi. Nie zamierzał zdradzać wykorzystanej do cna i bezużytecznej już agentce, że Kowalczuk też zniknął. - Może ma z tym jakiś związek. No cóż, odpocznij tu sobie - powiedział, wstając i poklepał ją po ramieniu. - Niedługo będzie po wszystkim.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;Ksiądz Paweł Kowalczuk swego czasu odwiedził nadkomisarza Jarosława Bielaka w jego gabinecie. Do biskupa policjant musiał jednak pofatygować się osobiście. Daleko nie miał, pogoda była ładna. Zresztą sam chciał się spotkać, by wyjaśnić kilka spraw, więc zaproszenie do kurii było mu na rękę. Młody ksiądz z kancelarii poprowadził nadkomisarza korytarzem prosto do gabinetu biskupa, gdzie duchowny czekał już na policjanta w towarzystwie śniadego mężczyzny koło czterdziestki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Na wieki wieków amen - zaczął Morawski, nie słuchając nawet powitania Bielaka. - To ojciec Francesco, przedstawiciel nuncjusza. Jest Włochem, ale rozumie po polsku.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Ojciec Francesco skinął głową, ale nie wstał do powitania, nie wyciągnął ręki, nie powiedział ani słowa. Być może jego znajomość polskiego ograniczała się do strony biernej. Nadkomisarz usiadł na wskazanym krześle i poczekał, aż biskup wróci za swoje biurko.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Czy zapoznał się pan z przesłanymi dokumentami?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak, ekscelencjo.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I jak się pan na to zapatruje?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Policja monitoruje różne zagrożenia. Te sklepy również.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To nie tylko sklepy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak, wiem, także produkcja. Ale nie stwierdziliśmy tam substancji zakazanych.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A rozpusta?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie stwierdzono materiałów podpadających pod jakikolwiek paragraf. Zresztą dzieci tam nie chodzą. Oferta skierowana jest raczej do osób dorosłych, głównie do kobiet. Można im zarzucić co najwyżej, że wyłudzają pieniądze za ułudę szczęścia, ale cóż - to nie jedyny podmiot na rynku, o jakim można to powiedzieć.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Biskup zapowietrzył się. Nie tak miała wyglądać ta rozmowa. Policjant popatrzył na niego, na milczącego ojca Francesco, znów na biskupa. Nic. Wreszcie uznał, że temat jest zamknięty i postanowił podjąć inny.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ja też mam kilka pytań do ekscelencji - powiedział. - Mieliśmy tu niedawno zagadkowe morderstwo, a właściwie trzy. Starsza pani została zaatakowana przez dwóch mężczyzn, zginęła. Jednak w desperackiej walce o życie udało jej się ranić napastników, i to śmiertelnie. Badamy wciąż hipotezę czwartej osoby na miejscu zbrodni.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Podejrzewa pan, że ktoś w kurii może wiedzieć, kim była czwarta osoba? - ostrożnie zapytał Morawski.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Na tak wiele szczęścia nie liczę, ale myślałem, że może ekscelencja podpowie coś w kwestii motywów napadu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ja? Czemu?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Bo udało nam się zidentyfikować napastników. To księża. Nie stąd, z Poznania...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Słowa policjanta przerwało głośne wciągnięcie powietrza przez ojca Francesco. Włoch wyprostował się w swoim fotelu i spojrzał pytająco na biskupa. Duchowny skulił się za biurkiem. Ta rozmowa zupełnie nie tak miała wyglądać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-893968733063318466?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/893968733063318466/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=893968733063318466' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/893968733063318466'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/893968733063318466'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/11/fina-cz-1.html' title='Finał cz. 1'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-1626658853586707309</id><published>2009-11-14T18:20:00.001+01:00</published><updated>2009-11-17T06:59:15.962+01:00</updated><title type='text'>Miłość i nienawiść cz. 4</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Beatelsi śpiewali kiedyś piosenkę o nocy po dniu ciężkiej pracy. Jadwigę Anusz czekał właśnie dzień po nocy ciężkiej pracy. Poprzedniego wieczoru urządziła w swym apartamencie imprezę pożegnalną dla czarownic mających budować lokalne struktury Wielkiego Sabatu. Ideę integracji potraktowała bardzo poważnie i zużyła wiele mocy, by stworzyć wino wierności - miksturę gwarantującą, że żadna z emisariuszek nie wpadnie na pomysł założenia&amp;nbsp;&lt;i&gt;covenu&lt;/i&gt; niezależnego od centrali. Nie mogły to być proste czary wystarczające na utrzymanie kochanka. Wino miały pić czarownice, a uczynienie mikstury niewyczuwalną kosztowało naprawdę dużo energii. Nie wspominając o późniejszym spożyciu, bo dla uzyskania odpowiednich efektów trzeba było narzucić spore tempo picia, a obowiązek ten ciążył oczywiście na gospodyni.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Gwałtowny skurcz żołądka wysłał Jagę do toalety. Wyznała porcelanowemu spowiednikowi grzechy ostatniej nocy, przyjęła pokutę kilku jałowych prób wymiotowania przy pustym już żołądku, wreszcie z ulgą usiadła na podłodze, ocierając pot z czoła. Nie spodziewała się, że zarządzanie dużym zespołem może być tak trudne. Po kilku minutach odpoczynku podniosła się i ruszyła do kuchni, by poszukać jakichś środków zaradczych.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Minęła lustro w korytarzu. Cofnęła się i obejrzała swoje odbicie. Jak z obrazka - pomyślała. Czarne włosy w nieładzie, blada cera, podkrążone oczy, wykrzywione usta. Podręcznikowa czarownica. Spróbowała zrobić coś ze swoją fryzurą, ale już po jednej próbie, widząc daremność starań, zrezygnowała. Dowlokła się wreszcie do kuchni i sięgnęła do lodówki po napój izotoniczny, w który przewidująco się zaopatrzyła. Ledwie zdołała uporać się z zakrętką, gdy zadzwonił domofon. Wściekła na wwiercający się w mózg sygnał podniosła słuchawkę z zamiarem ryknięcia do niej. Z jej ust wydobyła jednak tylko słaby jęk.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dzień dobry pani, tu konsjerż Patryk - Patryk był najsłodszym i najgłupszym z recepcjonistów obsługujących apartamentowiec Jagi. - Przyjechał kurier z paczką... Co? - zapytał kogoś poza słuchawką. - Nie, przepraszam, z dokumentami. Mam je przyjąć?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie. Niech wejdzie i zostawi je na stoliku w przedpokoju - powiedziała czarownica.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Otworzyła drzwi i popijając z butelki, poszła do garderoby po szlafrok.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kroki, które po chwili usłyszała w korytarzu, wskazywały, że kurier nie radził sobie z prostymi poleceniami. Zamiast wejść i wyjść kręcił się po apartamencie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Kazałam zostawić papiery na stoliku - zawołała Jaga.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kroki zaczęły się zbliżać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Przepraszam, ale trzeba podpisać - powiedział Paweł Kowalczuk wchodząc do sypialni. - I zapieczętować.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Czarownica rozejrzała się za jakimkolwiek źródłem mocy. Jedynym, jakie znalazła była mała jaspisowa figurka na toaletce. Ale między Jagą a toaletką znajdowało się łóżko i ksiądz-intruz. Puściła poły szlafroka, pozwalając im rozchylić się swobodnie, by rozproszyć duchownego.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ksiądz tak sam przychodzi? - zapytała powoli obchodząc łóżko. - Czuję się niedoceniona. A mnie nie wolno nie doceniać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kowalczuk powoli obracał się w miejscu, by wciąż stać przodem do czarownicy, ale od toaletki nie odchodził. Zdawał się też nie zwracać uwagi na odsłonięte ciało. Patrzył jak gdyby nie na wiedźmę, a przez nią. Wyglądał na skupionego i bardzo dobrze przygotowanego. Jaga rzuciła się w lewo, po czym nagle skręciła w prawo usiłując tym zwodem obiec księdza. Prawie jej się udało, ale wyciągnięta ręka duchownego objęła ją na wysokości biodra. Wskutek szarpnięcia oboje upadli na łóżko.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kowalczuk znalazł się na górze, ale pozycja nie była zwycięska. To czarownica obejmowała go udami, zyskując przewagę manewrowania. Męskie ciało - choć stare i nieprzychylne - pomogło jej zogniskować resztki energii w czakrze genitalnej. Uderzyła stamtąd, niczym strzałem z biodra zrzucając księdza z siebie. Ten jednak, spadając, zdołał złapać ją za szlafrok i pociągnąć za sobą. W locie z wysokiego materaca wykonali pełen obrót i wylądowali na podłodze w tej samej pozycji, w której przed chwilą byli na łóżku. Tym razem jednak uderzenie plecami o twarde deski z czarnego dębu pozbawiło Jagę tchu. Napastnik wykorzystał moment osłabienia, zepchnął jej kolana ze swoich bioder i usiadł na czarownicy okrakiem. Zaraz też chwycił ją za włosy i dwukrotnie uderzył głową jędzy o podłogę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- No - mruknął patrząc na oszołomioną i bezwładną kobietę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Z kieszeni marynarki wyjął metalowy pojemnik ze świętym olejem i zanurzył w nim kciuk. Kolejno kreślił znak krzyża na czole, ustach i odsłoniętej piersi czarownicy powtarzając mszalną formułkę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- W myśli, w mowie, w sercu - i znowu, co i rusz zanurzając palec w oleju, - w myśli, w mowie, w sercu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nic się nie działo. Jędza powoli otworzyła oczy. Zaczęła się śmiać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Kocha, lubi, szanuje. Nie chce, nie dba, żartuje. W myśli, w mowie, w sercu. Na ślubnym kobiercu - przedrzeźniała duchownego. - Te wasze dziecinne wyliczanki to za mało, żeby mnie powstrzymać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zaparła się piętami o podłogę i wyrzuciła biodra w górę. Kowalczuk utrzymał równowagę, ale czarownica wsunęła się głębiej pod niego. Wreszcie mogła zgiąć się w biodrach na tyle, by sięgnąć stopami aż do szyi księdza i pociągnąć. Zaskoczony poleciał do tyłu, rozpaczliwie machając rękami i gubiąc pojemnik z olejem. Jaga natychmiast wskoczyła na niego, obejmując udami szyję duchownego i dusząc go. Usiłował ugryźć ją, ale jedwab szlafroka zatkał mu usta. Wyćwiczone na siłowni nogi zaciskały się mocniej i mocniej, aż drgawki Kowalczuka ustały.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jaga klęczała jeszcze chwilę, upewniając się, że intruz nie żyje. Zeszła z niego, ale pozostała na kolanach - nie miała siły się podnieść. Na czworakach pokonała dwa kroki dzielące ją od łóżka i sięgnęła w górę, by się na nie wspiąć. Nie zdołała. Twardy but wbił się między jej łopatki, przygważdżając czarownicę do ziemi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Podobno mam w sobie coś z hieny - usłyszała nad sobą głos Antoniego Padewskiego. - Kiedyś myślałem, że chodzi o okradanie trupów. Teraz wydaje mi się, że to raczej kwestia czekania, aż ofiara będzie osłabiona.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jeszcze raz docisnął butem, po czym przyklęknął nad wiedźmą, a właściwie na niej. Odciągnął jej głowę do tyłu, aż coś zatrzeszczało w karku. Prawą ręką starannie nakreślił &lt;i&gt;sigile&lt;/i&gt; na czubku głowy, czole i gardle kobiety. Przygiął wiedźmę za kark z powrotem w dół, uderzając jej twarzą o podłogę. Odwrócił ją na plecy. Z rozbitego nosa czarownicy zaczęła sączyć się krew, ale mało go to obchodziło. Metodycznie nakładał &lt;i&gt;sigile&lt;/i&gt; na czakry serca i żołądka. Korzystając z nagości kobiety szybko uporał się też z czakrą genitalną i czakrą podstawy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;W końcu usiadł na łóżku i patrzył wyczekująco na leżącą u stóp ofiarę. Na próżno. Żadnych objawów gwałtownego starzenia, żadnych odkrywających się ułomności.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Naprawdę jesteś taka młoda? - zdziwił się. - To dobrze. Może jeszcze znajdziesz męża i spędzisz uczciwie resztę życia. Trupa księdza ci zostawiam. Sama zabiłaś, sama sobie posprzątaj.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Rozejrzał się po pokoju, zabrał na pamiątkę jaspisową figurkę z toaletki i wyszedł. Jaga powoli zwinęła się na podłodze do pozycji embrionalnej i zaczęła płakać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-1626658853586707309?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/1626658853586707309/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=1626658853586707309' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/1626658853586707309'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/1626658853586707309'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/11/miosc-i-nienawisc-cz-4.html' title='Miłość i nienawiść cz. 4'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-4264367284352189131</id><published>2009-11-02T05:33:00.001+01:00</published><updated>2009-11-02T05:33:06.863+01:00</updated><title type='text'>Miłość i nienawiść cz. 3</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Gabinet biskupa Jana Morawskiego nigdy wcześniej nie onieśmielał Pawła Kowalczuka. Przeciwnie, ambitny ksiądz przymierzał się pomału do objęcia schedy po starym. Ostatnie wydarzenia wprowadziły w te oczekiwania pewien rozdźwięk. Z jednej strony Kowalczuk nagle przestał odnosić sukcesy i jego pozycja osłabła. Z drugiej - czarownice najwyraźniej rozochociły się i Kościół potrzebował do walki z nimi człowieka czynu, a nie starca, który może i miał jakiś plan lata temu, ale jakoś nigdy go nie zrealizował, a może wręcz o nim zapomniał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Biskup siedział jak zwykle w fotelu przy oknie i nie patrzył na rozmówcę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Masz martwego asystenta i wariatkę, która rozbija się po mieście twoim samochodem - powitał księdza surowo. - Załatw to. Szybko i dyskretnie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak jest, ekscelencjo.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kowalczuk postanowił zmienić niewygodny temat i położył na biurku przyniesione papiery.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mam nowe dokumenty dotyczące czarownic - powiedział.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie chcę tego czytać - Morawski pozostał niewzruszony w fotelu. - Opowiedz mi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zdobyłem kopię projektu, z jakim czarownice wystąpiły o dotacje unijne.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ciągnie swój do swego - westchnął biskup. - O cóż wnioskują?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- O pieniądze. Zakładają klaster produkcyjno-usługowo-handlowy Magick-Net. Zamierzają uprawiać zioła, przygotowywać dekokty i sprzedawać to wszystko, świadcząc przy okazji usługi w zakresie doradztwa dla kobiet.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ładny eufemizm na wróżbiarstwo. Dostaną pieniądze?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Obawiam się, że tak. Jest drobna przedsiębiorczość, jest grupa producencka, jest aktywizacja zawodowa kobiet i osób po 45 roku życia, jest ekologia, jest nawet nawiązanie do korzeni kulturowych Europy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To nowość. Zawsze sądziłem, że to Kościół stanowi korzenie kulturowe Europy, a nie czarownice.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Urzędnicy unijni mają inne zdanie, ekscelencjo.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dobrze - biskup wstał i podszedł w końcu do biurka. - Bardzo dobrze. Wszystko zgodnie z planem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kowalczuk popatrzył zdziwiony na przełożonego. Projekt zaniesienia czarów pod strzechy za pieniądze podatników raczej nie wydawał mu się dobrą wiadomością. Czyżby biskup rzeczywiście miał jakiś plan?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Każdy ma swoją czarownicę do upolowania. Urzędnicy też - kontynuował Morawski. - Te ziółka, które one zamierzają uprawiać, to nie rumianek przecież. Znajdzie się belladonna, znajdzie się szałwia wieszcza. I znajdą się one - wyciągnął z szuflady inny dokument, - drogi przyjacielu, na wykazie substancji zakazanych. Też mam kopię projektu. Projektu ustawy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Przewidział to - zdumiał się Kowalczuk. Przewidział i przeciwdziałał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wycofają te zioła - zauważył szybko. - Poradzą sobie bez nich.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mówimy o polowaniu na czarownice - przypomniał biskup. - Pozbędą się ziół, ale nie etykietki propagatorek narkomanii.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Morawski sięgnął wreszcie po przyniesione przez Kowalczuka dokumenty. Przekartkował je, po czym wskazał jedno nazwisko w danych kontaktowych.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Usuń tę jędzę - powiedział. - Resztę zostaw mnie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Oczywiście, ekscelencjo.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Ksiądz Paweł wyszedł z gabinetu i ruszył korytarzem do swojego biura. Gabinet biskupa oddalał się, nie tylko fizycznie, ale i metaforycznie. Stary wciąż miał ikrę, miał pomysł i działał. Kowalczuk nie wiedział, co czuje. Żałował, że wymarzona zmiana na stanowisku nie ziści się prędko. Cieszył się, że zadadzą wiedźmom silny cios. Nie wiedział, co czuje, więc postanowił działać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-4264367284352189131?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/4264367284352189131/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=4264367284352189131' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4264367284352189131'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4264367284352189131'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/11/miosc-i-nienawisc-cz-3.html' title='Miłość i nienawiść cz. 3'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-4668103401776216052</id><published>2009-10-31T14:57:00.001+01:00</published><updated>2009-10-31T14:57:00.382+01:00</updated><title type='text'>Miłość i nienawiść cz. 2</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Karolina jeszcze nigdy nie widziała ścian pomalowanych na szaro. Owszem, w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego pozostawiono surowy beton, ale ściany klasztornej celi, w której od trzech dni przebywała, były szare do farby. Nie pojmowała jak można świadomie wybrać i zastosować szarą farbę w pomieszczeniu mieszkalnym. To były trzy nudne dni. Tak nudne, że gotowa była myśleć o kolorze ścian. Leżała pod cienką kołdrą na wąskim łóżku. W pokoju miała jeszcze krzesło, stolik i szafę - wszystko puste. Żadnych ubrań, książek, przyborów toaletowych - zakonnice wypuszczały ją tylko za potrzebą i do kąpieli. Nawet posiłki jadła w celi, a naczynia i sztućce były od razu zabierane, bez możliwości zatrzymania czegokolwiek. Przez cały ten czas nikt słowem się do niej nie odezwał. Siostry wszystko pokazywały na migi, a na każde słowo Karoliny reagowały wrogimi spojrzeniami i kuksańcami.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Ktoś zapukał do drzwi. To było nowe - zwykle po prostu słyszała zgrzyt zasuwy. Padły też pierwsze słowa, wypowiedziane przez mężczyznę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ukaż mi swą twarz, daj mi słyszeć swój głos.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Parsknęła śmiechem. Poznała głos młodego księdza, który przywiózł ją do klasztoru po sabacie. Słyszała go wtedy, odzyskując przytomność, gdy wydawał dyspozycje zakonnicom. I poznała słowa, którymi się do niej zwrócił. To była Pieśń nad pieśniami, tekst znany katolickiej licealistce co najmniej równie dobrze, co Pawlikowska-Jasnorzewska jej rówieśnicom ze szkół świeckich.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Niech wejdzie miły mój - odpowiedziała cytatem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jakub Sadyba wszedł do celi i stanął przy krześle. Odsunął je od stolika, ale nie usiadł. Stał niezdecydowany, trzymając się oparcia.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Oczarowałaś me serce. Oczarowałaś me serce jednym spojrzeniem twych oczu - powiedział i uśmiechał się przy tym, jak gdyby chciał podkreślić, że to tylko taki żart, takie cytowanie Biblii.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Na łożu mym nocą szukałam umiłowanego. Szukałam go, lecz nie znalazłam - poskarżyła się i poklepała miejsce na materacu obok siebie, patrząc prosto w oczy księdza.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie - powiedział, ale usiadł przy dziewczynie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Spuściła wzrok i zaczęła błądzić palcami po kołdrze w pobliżu dłoni duchownego, co jakiś czas muskając ją nieśmiało.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Chora jestem - powiedziała cicho, by po chwili unieść oczy i chwycić dłoń Jakuba. - Chora jestem z miłości.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Młody ksiądz zabrał rękę i cofnął się całym ciałem, przestraszony.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ogrodem zamkniętym jesteś - wyszeptał szybko.- &amp;nbsp;Ogrodem zamkniętym, źródłem zapieczętowanym - zdawał się przekonywać raczej siebie, niż ją.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Pokręciła przecząco głową i przesunęła dłonią wzdłuż ciała aż do bioder.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ja mej własnej winnicy nie ustrzegłam.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie w tobie skazy - rozgrzeszył ją. Poczuł się przy tym przez chwilę znów jak ksiądz, nawet chciał wstać, ale przytrzymała go unosząc się na posłaniu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Suknię z siebie zdjęłam, mam więc znów ją wkładać? - cienka kołdra zsunęła się, odsłaniając piersi dziewczyny i zaognioną ranę po rytualnym cięciu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Piersi twe jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli, co pasą się wśród lilii - ten fragment Jakub pamiętał najlepiej, od lat odzywał się on w głowie młodego księdza w najmniej stosownych porach, rozpalając wyobraźnię i osłabiając wolę. Teraz, w połączeniu z pięknym, żywym ciałem, przełamał barierę. Duchowny pochylił się i wtulił twarz w piersi Karoliny, oszołomiony.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mój miły jest mój, a ja jestem jego - wsunęła palce w jego włosy i przycisnęła mężczyznę do siebie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Miodem najświeższym ociekają wargi twe, oblubienico, miód i mleko pod twoim językiem - gramolił się na nią niezdarnie, całując szyję, policzki i usta.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jam miłego mego i ku mnie zwraca się jego pożądanie - odpowiedziała ściągając mu marynarkę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Leżeli obok siebie, zdyszani i szczęśliwi. Wyrzut sumienia nie zdążył jeszcze przebić się do głowy Sadyby, gdy dziewczyna odwróciła go na plecy i stanowczo dosiadła, obejmując nogami w biodrach. Uśmiechnął się, widząc nad sobą smukłą sylwetkę Karoliny. Dłońmi sięgnął jej piersi. Ale odtrąciła ręce Jakuba, po czym ułożyła rozcapierzone palce na wysokości serca księdza.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć potężna jest miłość - wypowiedziała słowa Pieśni nad pieśniami i wbiła paznokcie w skórę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Fala energii życiowej wypłynęła z ciała duchownego i wypełniła dziewczynę. To było lepsze, niż krótki seks sprzed chwili. Może nie tak dobre, jak pierwsza fala energii, którą poznała na sabacie, gdy na ołtarzu posiadło ją dwóch doświadczonych ofiarników. Może nie tak silne, ale tym razem wreszcie sama była stroną aktywną, sama decydowała. Nie chciała, pewnie nawet nie umiała się zatrzymać. Wyssała z Jakuba resztki życia, aż oczy wywróciły mu się w tył głowy i oddech ustał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wstała i założyła ubranie księdza. Było trochę za luźne, ale na długość pasowało idealnie. W kieszeniach znalazła portfel i kluczyki od samochodu. Wyszła z celi, energicznym krokiem ruszyła w kierunku parkingu przed klasztorem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Proszę księdza... - zaczęła jedna z mijanych na korytarzu zakonnic, ale widząc swoją pomyłkę zmieniła ton na ostry. - Hej, ty!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Próbowała złapać Karolinę, ale ta odepchnęła ją. Uderzona w splot słoneczny siostra poleciała w tył jak wyrzucona z procy i wyrżnęła głową w ścianę, tracąc przytomność. Dziewczyna wcisnęła guzik pilota przy kluczykach. Czarne audi miauknęło i zamrugało światłami. Wskoczyła za kierownicę i z brakiem wyczucia typowym dla świeżo upieczonych kierowców ruszyła wyrzucając żwir spod kół.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-4668103401776216052?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/4668103401776216052/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=4668103401776216052' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4668103401776216052'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4668103401776216052'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/10/miosc-i-nienawisc-cz-2.html' title='Miłość i nienawiść cz. 2'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-5269973794480537163</id><published>2009-10-29T16:56:00.001+01:00</published><updated>2009-10-30T06:57:03.799+01:00</updated><title type='text'>Miłość i nienawiść cz. 1</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Drugie spotkanie Anny Mróz i Antoniego Padewskiego miało miejsce w tej samej kawiarni, co pierwsze. Oboje woleli stare i sprawdzone od nowego i niepewnego. Nadal za grosz sobie nie ufali, ale przynajmniej nie uważali się za bezpośrednie zagrożenie. To poważnie stopiło lody między nimi. Wyszło niemalże spotkanie dwojga dobrych znajomych. Nawet podali sobie ręce na powitanie i usiedli obok siebie, po tej samej stronie stolika, na kanapie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Znam już przebieg i wynik sabatu - powiedziała Anna.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mam nadzieję, że dziewczęta dobrze się bawiły. Wymyśliłaś coś? - zapytał bezceremonialnie Antoni.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I tak i nie i tak i nie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Bardzo kobieca odpowiedź, ale poproszę jaśniej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak, wymyśliłam, co zrobić z Jagą. Nie, nie zrobimy tego, bo przedwczorajszy sabat przebiegł nadspodziewanie dobrze dla niej i tamten pomysł już na nic. Tak, wymyśliłam coś jeszcze. Nie, nie jestem pewna, czy to sposób na zneutralizowanie jej - na chwilę zamilkła. - Myślałam o tobie - dodała wreszcie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jak miło - skrzywił się. - Ale obawiam się, że masz sporo więcej, niż tych trzydzieści parę lat, na które wyglądasz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Właśnie dlatego - wzięła kubek ze stolika i zaczęła obracać go w dłoniach, chłonąc jego przyjemne ciepło.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Słowa czarownicy zawisły w powietrzu a Antoni nie miał jak do nich nawiązać, by pociągnąć rozmowę dalej, albo sprowadzić ją na inne tory. Zaczął nawet zastanawiać się, czy to rzeczywiście taki problem, że ona metrykalnie ma pewnie bliżej do setki, skoro wygląda młodo i atrakcyjnie. Zanim jednak rozpędził się w spekulacjach czarownica podjęła przerwany wątek.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Widzisz, w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku odbył się podobny sabat. Może niepodobny, wszystko działo się w plenerze, było trochę siermiężnie i bardzo skromnie, ale liturgicznie był zbliżony. Młoda dziewczyna została złożona w ofierze, oczywiście nie śmiertelnej, tylko takiej, z której coś wynika. Tym razem wyniknęło więcej, niż by się ktokolwiek spodziewał. Dziewczyna zaszła w ciążę i urodziła nieszczególnie urodziwe dziecko. A potem je straciła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Potworek nie przeżył? - Antoni nie wydawał się wzruszony.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Przeżył. A potworkiem stał się dopiero później. Dziewczyna była początkującą adeptką magii, wpadła w Kościelną zasadzkę i została zmuszona do oddania synka w zamian za własne bezpieczeństwo. Dziecko wychowano w klasztorze. Wychowano jak janczara w nienawiści do czarownic.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Padewski wykonał teatralne ziewnięcie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wzruszające - stwierdził z przekąsem. - Opowiedziałem ci przedwczoraj historię mojego dzieciństwa i kariery w szeregach Kościoła, a ty postanowiłaś dorobić do tego romantyczny, magiczny początek, żeby móc manipulować mną przez wizję matki-anonimowej czarownicy. Wiesz co? Jakoś nie jestem przekonany.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Anna przekrzywiła głowę i spojrzała na niego z pełnym zrozumienia uśmiechem. Spodziewała się takiej reakcji.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Czarownica nie jest anonimowa. To ja. I też nie byłam przekonana, dopóki się nie przywitaliśmy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Mężczyzna szybko odtworzył w głowie scenę powitania i przeanalizował, co każde z nich robiło.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Sprawdziłaś, czy jesteśmy zestrojeni? Niczego nie poczułem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Poczułbyś tylko opór. A oporu nie było. Jesteśmy na swój sposób identyczni. Przekonaj się - wyciągnęła rękę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Ostrożnie objął jej dłoń palcami i ścisnął. Porcja energii wpłynęła do jej ciała, przepłynęła przez nie i wróciła niezakłócona do Antoniego.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- O, matko - szepnął.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jestem - odpowiedziała i roześmiała się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co teraz?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nic. Jakoś nie zapałałam do ciebie matczynym uczuciem i mam nadzieję, że ty też nie widzisz się w roli odnalezionego dziecka z telenoweli.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Właściwie nie - przyznał. - Czuję się tylko... dziwnie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To tak jak ja. I nie zmieniajmy tego. Ale skoro jesteś moim dzieckiem i skoro jesteś dzieckiem tamtej nocy, to może masz jednak szansę pokonać Jagę i zakończyć tę zjednoczeniową farsę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-5269973794480537163?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/5269973794480537163/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=5269973794480537163' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/5269973794480537163'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/5269973794480537163'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/10/miosc-i-nienawisc-cz-1.html' title='Miłość i nienawiść cz. 1'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-1330353703563587414</id><published>2009-10-27T15:32:00.001+01:00</published><updated>2009-10-27T15:32:33.558+01:00</updated><title type='text'>Sabat cz. 4</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Paweł Kowalczuk siedział na skórzanej kanapie w hotelowym lobby. Miał na sobie czarną marynarkę i koszulę z koloratką. Podobnie ubrany Jakub Sadyba siedział na kanapie naprzeciwko i nerwowo bębnił palcami w jej oparcie. Obaj rozglądali się po lobby - stary ksiądz powoli, od niechcenia, zaś młody kręcił głową we wszystkie strony. Kowalczuk chciał go nawet skarcić, ale rozmyślił się - ma prawo czuć niepokój.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;W końcu do hotelu wszedł nadkomisarz Jarosław Bielak i dosiadł się do księży po stronie młodego, żeby móc porozmawiać twarzą w twarz z jego szefem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mamy antyterrorystów - powiedział wskazując przez szklaną ścianę dwa minivany z przyciemnianymi szybami zaparkowane przed hotelem. - Ale zanim przestraszę gości i popsuję sobie stosunki z szefem ochrony, chciałbym przeprowadzić małe rozpoznanie. Pójdzie ksiądz ze mną. Proszę to zdjąć - dodał wskazując koloratkę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kowalczuk bez słowa wyjął biały pasek i rozpiął górny guzik koszuli. Nie różnił się teraz strojem ani od krążących przy drzwiach ochroniarzy, ani od siedzących w innej części lobby gangsterów. Ksiądz Jakub też chciał wstać, ale obaj starsi mężczyźni usadzili go z powrotem na kanapie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Skierowali się do windy przeznaczonej dla gości odwiedzających górne piętra. Policjant zachowywał się dość swobodnie, ksiądz był trochę spięty, ale widząc swoje zacięte usta w lustrze kabiny opanował się. Będzie dobrze - pomyślał - duże aresztowanie, od razu z zarzutami kryminalnymi dla czarownic. Odzyska dziewczynę dla zakonnic i spokojnie wygniecie wszystkie wiedźmy jedną po drugiej korzystając z danych w policyjnych protokołach zatrzymania. Nie wywiną się. Będzie dobrze - zapewnił się znów, gdy winda dojeżdżała na ostatnie piętro.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Hotelowa restauracja nie sprawiała jednak wrażenia Łysej Góry. Kilka par przy stolikach, jedno większe towarzystwo - mieszane rasowo, ale zjednoczone rozmową w korporacyjnym angielskim. Żadnych ogni, mioteł, kręgów ani orgii. Nic.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- No i? - zapytał policjant.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;A Kowalczuk walczył w swojej głowie z porażką. Gdyby nie nastawił się tak na wielki sukces - teraz myślałby szybciej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie wiem - przyznał bezradnie. - Nie wiem. To musi być inny hotel. Inny hotel z restauracją na górze.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Proszę księdza - nadkomisarz Bielak starał się zachować spokój i kulturę. - W Warszawie jest kilka takich hoteli, a ja nie zamierzam jeździć po mieście z dwoma autobusami kominiarzy i sprawdzać je po kolei, tylko dlatego, że ktoś napisał w Internecie, że organizuje czarną mszę, na której może znajdzie się porwana, choć oficjalnie niezgłoszona dziewczyna. Nie mam czasu, ochoty, ani ludzi. Zabrałem ostatni pododdział - resztę przydzielono do imprez trzeciomajowych, albo wyjechali na długi weekend. Wracam do bazy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Odwrócił się i poszedł do windy, a stary ksiądz został na progu restauracji i wodził wzrokiem od stolika do stolika, jak gdyby spodziewał się jeszcze, że pod którymś obrusem czai się najmniejszy choćby sabacik. Wreszcie zrezygnowany zjechał na dół. Po lobby kręcił się kompletnie zagubiony ksiądz Jakub.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;- Policja odjechała! - zawołał, podbiegając do Kowalczuka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wiem! - jeżeli można krzyknąć syknięciem, to ksiądz Paweł właśnie to zrobił. - Do samochodu, musimy sami objechać inne hotele.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kolejna winda, kolejna restauracja z widokiem. Obaj księża byli już znużeni i w sumie żaden nie dziwił się nadkomisarzowi, że ten nie chciał włóczyć się po nocy za tak niepewnym tropem. Tym razem zaraz za progiem windy zatrzymał ich wysoki chudzielec z podkrążonymi oczami. Wyglądał na klienta wyczerpanego całonocną imprezą, ale okazał się członkiem personelu.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Przepraszam panów bardzo. Znaczy, przepraszam księdzów..., księżów...? Księży! - zawołał triumfalnie znajdując właściwą odmianę. - Przepraszam, ale to impreza zamknięta, zresztą i tak już się skończyła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Ale aranżacja sali, stoliki pod ścianami i resztki kredy na podłodze sprawiły, że duchowni nie słuchali go. Bez słowa ominęli chudzielca, każdy z innej strony, więc rozkojarzony pracownik hotelu nie bardzo wiedział, którego ma zatrzymywać i w końcu machnął ręką. Impreza rzeczywiście już się skończyła. Salę oświetlało tylko światło z zaplecza, w którym widać było plamy rozlanego wina i stearyny, resztki stłuczonych kieliszków. I kredę - rozniesiony stopami uczestniczek sabatu ślad magicznego kręgu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Z zaplecza dobiegł ich cichy jęk. Obaj księża natychmiast podbiegli ku drzwiom. W magazynku za barem znaleźli leżącą, zawiniętą w obrus dziewczynę. Bardzo podobną do znanej im ze zdjęcia Karoliny Maślak. I bardzo od niej różną. Miała rozpuszczone włosy i dziwnie błogi wyraz na twarzy. Rozchylone usta przykuwały uwagę bardziej, niż czerwona plama na materiale skrywającym pierś.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Żyje - westchnął z ulgą młody ksiądz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Starszy przyklęknął i rozwinął obrus. Rana na piersi nie krwawiła już, także krew na udach wyglądała na zaschniętą. Kowalczuk zasłonił Karolinę, owinął jeszcze jednym ze złożonych w stos obrusów i skinął na swojego asystenta. Jakub Sadyba dźwignął dziewczynę na ręce i obaj wyszli z zaplecza. Na sali nie było już zmęczonego hotelarza. Nie niepokojeni wrócili na dół, do samochodu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zawieź ją do klasztoru, wiesz gdzie - nakazał Kowalczuk, gdy Jakub położył dziewczynę na tylnych siedzeniach.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wiem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zostawiam ci samochód, będziesz utrzymywał kontakt między mną, nią, a siostrami z liceum.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Odwieźć księdza do kurii?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ją odwieź. Mnie potrzebny jest spacer. Długi spacer.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-1330353703563587414?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/1330353703563587414/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=1330353703563587414' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/1330353703563587414'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/1330353703563587414'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/10/sabat-cz-4.html' title='Sabat cz. 4'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-785731483209726000</id><published>2009-10-05T07:04:00.001+02:00</published><updated>2009-10-27T12:26:21.677+01:00</updated><title type='text'>Sabat cz. 3</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jadwiga Anusz wróciła na salę ubrana jedynie w pelerynę. W lewej dłoni miała srebrny kielich, w prawej - sztylet o czarnym ostrzu, &lt;i&gt;athame&lt;/i&gt;. Zgasiła ostatnie elektryczne światła - zostały tylko świece. Sataniści z obsługi zebrali kieliszki i usunęli się w cień. Umilkły rozmowy czarownic, wszystkie kobiety zgromadziły się wokół wyrysowanego na podłodze kręgu, tworząc półksiężyc otwarty na podest. Jaga weszła tam i stanęła przy fotelu Heleny Szablewskiej. Stara czarownica poczekała, aż ustanie ruch na sali i wszystkie oczy zwrócone będą na nią, po czym wstała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Siostry! - głos łamał się jej ze starości i ze wzruszenia. - Zebrałyśmy się w noc Belenosa, by zjednoczyć się w Wielki Sabat. By przez ofiarę umocnić się i pokonać wrogów. Ceremonię beltane poprowadzi Jaga - powiedziała już ciszej, siadając z powrotem w fotelu. - Udzielcie jej swojej energii.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jadwiga uklękła na podłodze i odłożyła kielich oraz sztylet. Wyjęła zapałkę z pudełka pozostawionego przy trójnogu i zapaloną rzuciła na węgle. Te, obficie polane rozpałką, zapłonęły wysokim płomieniem. Czarownica opuściła magiczny krąg i klasnęła w dłonie. Jeden z satanistów włączył muzykę, której nastrojowe, celtyckie nuty wypełniły salę. Równocześnie Hrumm i Magog, także w pelerynach, wprowadzili nagą Karolinę Maślak, uprowadzoną przed kilkoma dniami maturzystkę. Czarownica rozłożyła szeroko ręce, odrzuciła głowę do tyłu i zaczęła krążyć wokół pentagramu. Jej wargi wolno i bardzo cicho wypowiadały pierwsze słowa inkantacji przywołujących.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Mężczyźni doprowadzili dziewczynę do ołtarza i ułożyli na kamiennym blacie. Odurzona wiła się, jak gdyby chciała uniknąć dotyku zimnej powierzchni. Jasne włosy rozsypały się wokół głowy w wielki wachlarz. Czarownica wykonała kolejne okrążenie wokół ognia. Spod peleryny wyjęła papierowe zawiniątko z kadzidłem i rzuciła je na węgle. Salę wypełnił słodko-mdlący zapach. Słowa wypowiadane przez Jagę stały się głośniejsze. Leżąca ma ołtarzu Karolina zaczęła coś mamrotać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Hrumm chwycił jej nadgarstki, nachylił się i zamknął usta pocałunkiem. Magog przesuwał dłońmi po łydkach dziewczyny, stopniowo sięgając coraz wyżej. Jaga wciąż krążyła, powtarzając magiczne formuły, Helena Szablewska patrzyła na nią spod półprzymkniętych powiek, wszystkie pozostałe oczy skupione były na ołtarzu. Karolina przekręciła się na bok i zwinęła w pozycji embrionalnej. Hrumm wyciągnął jej ręce ponad głowę, przekręcając na brzuch. Zgięte kolana uniosły pupę dziewczyny wprost pod nos Magoga. Ten chwycił biodra dziewczyny i zatopił usta w młodym ciele. Ofiara jęknęła głośno i uniosła twarz, znów napotykając chciwe usta Hrumma. Nie przerywając pocałunku, mężczyzna wspiął się na ołtarz i klęczał przed nią, przez co sama także musiała klęczeć. Z tyłu dziewczyny Magog również wszedł na kamienny blat i powolnym, stanowczym ruchem rozciągnął jej uda w przysiad na szeroko rozstawionych kolanach. Karolina rozłożyła ręce w geście oddania, imitując nieświadomie pozę Jagi, która nie przerywała inkantacji.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Obaj sataniści zrzucili peleryny, odsłaniając nagie ciała. Ich pocałunki spadały na szyję i ramiona dziewczyny z obu stron, niecierpliwe dłonie ocierały się o siebie, błądząc po krzywiznach jej pośladków, bioder, piersi. Jęki ofiary przeszły w skowyt, gdy uniesiona nagle w powietrze poczuła równoczesną stymulację czakry genitalnej i czakry podstawy. Strumień pobudzonej energii popłynął w górę ciała, wyrywając się krzykiem z ust i wypełniając głowę błogością. Mężczyźni naparli na nią silnej, razem kołysali się do rytmu muzyki i wypowiadanych podniesionym głosem inkantacji Jagi. Wreszcie cała trójka zjednoczyła się w ekstatycznym orgazmie, przerwanym gwałtownie cięciem sztyletu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jadwiga Anusz patrzyła, jak krew z płytkiej rany na piersi ofiary spływa na ostrze &lt;i&gt;athame&lt;/i&gt;. Gdy uznała, że ma jej dość, zamieszała sztyletem w podniesionym z podłogi kielichu i zawartość gwałtownie wylała w płomienie. Wybuchnął obłok pary, ale nie rozwiał się po sali jak dym z kadzidła. Przeciwnie - gęstniał, skręcając się i formując ogromną, humanoidalną postać. Po chwili w środku kręgu stał dwuipółmetrowy mężczyzna z głową żubra. Rozejrzał się wokół, opuścił rogaty łeb między ramiona i ruszył w stronę ołtarza. Bariera krawędzi kręgu powstrzymała go nagle. Demon zaryczał i naparł ponownie, ale krąg wytrzymał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zabierzcie ją! - krzyknęła Jaga do satanistów, którzy na widok bestii odsunęli się od dziewczyny.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Posłusznie chwycili omdlałą, krwawiącą Karolinę pod ramiona i pociągnęli w stronę zaplecza. Żubr podążył za nią wzrokiem, sapiąc gniewnie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ta gąska nie jest dla ciebie, Panie - powiedziała czarownica, opierając się o krawędź ołtarza i rozchylając pelerynę. - A twoja moc - nie dla niej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nagie ciało zwróciło uwagę demona. Przekrzywił głowę, oblizał się językiem aż po nozdrza.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Podoba ci się? Dobrze - wyciągnęła prawą stopę daleko przed siebie i starła część wyrysowanego kredą kręgu pomiędzy sobą a przywołaną istotą. - Chodź...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-785731483209726000?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/785731483209726000/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=785731483209726000' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/785731483209726000'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/785731483209726000'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/10/sabat-cz-3.html' title='Sabat cz. 3'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-4030799118095443150</id><published>2009-10-01T07:15:00.001+02:00</published><updated>2009-10-01T07:15:44.817+02:00</updated><title type='text'>Sabat cz. 2</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wyłożona sztucznym kamieniem winda zatrzymała się na ostatnim piętrze hotelu. Jadwiga Anusz, w popielatym kostiumie, z czarnymi włosami spiętymi w ciasny kok, wysiadła wprost do sali restauracji wynajętej na ten wieczór. Wnętrze, które ostatnio widziała tego popołudnia, zmieniło się nie do poznania. Stoliki zsunięto pod ścianę, a ogromną wolną przestrzeń oświetlało kilkaset grubych świec. Wciąż jeszcze zapalona była część lamp, ale wkrótce miało to się zmienić. Efekt przerósł oczekiwania Jagi, atmosfera tego miejsca udzieliła jej się, wypełniając żołądek motylami podniecenia, oczekiwania na cudowną noc.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Skinieniem głowy odpowiadała na pozdrowienia krążących po sali czarownic. Zebrało się ich około setki, wszystkie już boso, w czarnych pelerynach, zbijały się w małe grupki, obchodząc znajdujące się nieco z boku podwyższenie. Podest ten, na co dzień zarezerwowany dla muzyków, był prawie pusty. Stał tam jedynie fotel z wysokim oparciem, na którym siedziała Helena Szablewska - seniorka i głowa sabatu. Trzy metry przed nią, na podłodze, wyrysowano kredą pentagram wpisany w krąg pełen magicznych symboli. W środku pentagramu stał żelazny trójnóg podpierający obszerną misę wypełnioną węglem. Właściwie był to grill bez rusztu, ale nie w tym miejscu, nie w tej atmosferze.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Między fotelem a pentagramem stała szeroka skrzynia obłożona imitacją kamienia. Zaraz też z zaplecza wyszło dwóch ubranych na czarno mężczyzn niosących blat kuchenny z tego samego sztucznego tworzywa. Blat ułożyli starannie na podstawie, upewniając się, że wypustki trafiły w odpowiednie otwory i całość tworzy stabilny ołtarz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Hrumm, Magog - Jaga przywołała ich do siebie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wszystko gotowe, pani - oświadczył Magog, najwyraźniej atmosfera i jemu się udzieliła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dziewczyna przytomna?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Doskonale - odesłała ich gestem i podeszła do fotela Heleny Szablewskiej. - Witaj, cioteczko. Dziś wielka noc.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wielka noc dla ciebie, moje dziecko. Ja już jestem taka słaba.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- One przyszły dla ciebie, nie dla mnie - powiedziała Jaga wskazując zgromadzone kobiety. - Razem będziemy silne. Ty będziesz silna.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak tak - pokiwała głową staruszka. - Tak tak.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jadwiga Anusz pochyliła się i ucałowała jej włosy. Energia w czakrze korony była ledwo wyczuwalna. Ale Helena była symbolem. Może i nie miała już sił na poprowadzenie sabatu, ale bez niej by się nie odbył. Nie na taką skalę. Młoda czarownica zeszła z podestu i ruszyła w stronę zaplecza, by się przebrać. Kątem oka widziała jeszcze kilku długowłosych mężczyzn zajmujących się barem i roznoszących drinki. Satanistyczne hostessy - pomyślała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Tuż za drzwiami sali restauracyjnej czekał na nią Tomasz Jęczmień, manager sali, z którym omawiała warunki wynajmu. Krążył nerwowo i wyłamywał sobie palce. Był wysoki, bardzo wysoki i chudy. Garbił się nieznacznie, prawdopodobnie przez konieczność nachylania się do ludzi podczas rozmowy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dobrze, że panią widzę - powiedział, błyskawicznie podchodząc do czarownicy. - Zupełnie mi się to nie podoba. Zgodziłem się na świece, ale nie było mowy o otwartym ogniu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- O co panu chodzi?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- O ten, jakby to powiedzieć, żeby nie urazić..., no nie grill, ma się rozumieć, tylko jakby... czarę ognia?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To najzupełniej bezpieczne.&lt;b&gt;&amp;nbsp;&lt;/b&gt;Będę się tym opiekować osobiście.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- No nie wiem. Pani oczywiście ufam, ale ci panowie, którzy dosypywali węgli, oni są... - zawahał się. - W każdym razie wolałbym, żeby nie biegali z pochodniami po sali - dokończył wreszcie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Bez obaw. Mężczyźni są wprawdzie mile widziani we wspólnocie Wielkiego Sabatu, mogą jednak pełnić wyłącznie funkcje służebne, a nie liturgiczne, bo ich tyłeczki nie interesują Księcia Ciemności. Nie będą zajmować się ogniem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ach tak, rozumiem - uspokoił się nieco. - Widzę, że cały ten satanizm to po prostu katolicyzm à rebours.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Proszę sobie darować tę refleksję religioznawczą - odpowiedziała Jaga oschle. - I zostawić mnie samą, chcę się przebrać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Już znikam, łaskawa pani - Tomasz skłonił się i ruszył w stronę wyjścia. - Gdyby czegoś pani potrzebowała, proszę dzwonić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-4030799118095443150?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/4030799118095443150/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=4030799118095443150' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4030799118095443150'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4030799118095443150'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/10/sabat-cz-2.html' title='Sabat cz. 2'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-8017063065751950925</id><published>2009-09-28T06:56:00.001+02:00</published><updated>2009-09-28T06:56:02.821+02:00</updated><title type='text'>Sabat cz. 1</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Anna Mróz dotarła do kawiarni na Nowym Świecie na krótko przed siedemnastą. Było luźno, bo licealiści przychodzący na kawę po szkole już znikali, a ludzie spotykający się po pracy dopiero zaczynali się pojawiać. Goście przy stolikach siedzieli przeważnie w parach, więc jedyny samotnik musiał być człowiekiem, z którym była umówiona. Nie potrzebował nawet leżącej na stoliku książki jako znaku rozpoznawczego. Książka była jednak potrzebna jako uwiarygodnienie. Pierwsze wydanie &lt;i&gt;Czarownicy&lt;/i&gt;&amp;nbsp;Julesa Micheleta z 1862 roku - rarytas z biblioteki Zuzanny Kanak, z której polecenia podobno dzwonił. Anna wahała się przez chwilę. Z polecenia czy nie - ubrany na czarno mężczyzna wyglądał na księdza, a ostatnie wydarzenia nie napawały jej zaufaniem do stanu duchownego. Nie wspominając o wcześniejszych doświadczeniach życiowych.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;On jednak patrzył na nią praktycznie od progu. Zupełnie się z tym nie krył - po prostu patrzył. I ona wiedziała, że ją rozpoznał, że dalsze wahanie tylko daje mu przewagę. Nie chciała dawać mu przewagi. Właśnie dlatego wybrała miejsce publiczne, dlatego wybrała kawiarnię, w której zwykle więcej jest kobiet, niż mężczyzn. Ignorując jego spojrzenie podeszła do baru i zamówiła kawę. Chwila przygotowania napoju pozwoliła jej odzyskać pewność siebie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Witam - powiedziała, podchodząc do stolika, jak gdyby chciała podkreślić, że czuje się gospodarzem spotkania. - Anna Mróz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Antoni Padewski - odpowiedział, nie wstając.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nie podali sobie dłoni. Fizyczny kontakt mógł być zdradliwy, a oboje woleli rozegrać to bezpiecznie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dość niezwykłe nazwisko - zauważyła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Patron rzeczy i ludzi zaginionych - potwierdził. - Nazwali mnie tak księża z sierocińca. Jestem podrzutkiem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie zdziwiłabym się, gdyby ksiądz okazał się nie tylko nadającym imię, ale i podrzucającym. A potem co? Ministrant, kleryk, ksiądz? Z takim życiorysem masz szansę na karierę w firmie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie jestem duchownym. Powinnaś to wyczuć.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Rzeczywiście, czuła. Zbyt była zafiksowana na podejrzeniach, że to jakiś ksiądz chce się z nią spotkać i po prostu nie zwróciła uwagi na brak charakterystycznego dla osób duchownych poczucia wyższości w aurze rozmówcy. Z drugiej strony mógł się maskować. Musiał się maskować, bo nie czuła niczego. Ale też księża tak dobrze maskować się nie potrafią.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ale pracowałem dla Kościoła - dodał po chwili. - Wiele lat. Polowałem na czarownice.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Z Henrykiem Garlickim? - zapytała, wspominając niedawny napad.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie. Choć znałem go, oczywiście. Wszyscy go znali. Być może pod jego skrzydłami nadal pracowałbym dla Kościoła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A co się stało?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Trafiłem do Pawła Kowalczuka. Dawał swobodę, oczekiwał wyników. Okazało się, że lepsze wyniki dają metody spoza listy akceptowanej przez Kościół. W efekcie zostałem wolnym strzelcem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Skąd łowca czarownic zna Zuzannę Kanak?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Z pracy - po raz pierwszy uśmiechnął się. - Jest moim jeńcem. Przyjaźnimy się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jeńcem? To musi być szczególna przyjaźń.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Rzeczywiście, pewnie więcej w tym syndromu sztokholmskiego, niż zdrowej sympatii. Ale prosiła, żebym się z tobą spotkał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dlaczego?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Bo dychotomia pierwiastka męskiego i żeńskiego to nie jedyna linia podziału. I choć tu jesteśmy po przeciwnych stronach barykady, to w ostatnich dniach na pierwszy plan wychodzi konflikt między jednostkami, a organizacjami. Tam zaś akurat nam po drodze.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I jako jednostki mamy się zjednoczyć, czyli stworzyć organizację? Bez sensu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Mężczyzna zamilkł, więc po paru łykach kawy Anna podjęła temat.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Widzisz problem, ale go nie rozumiesz - zaczęła, niespecjalnie dbając o miłość własną rozmówcy. - Kościół był, jest i będzie organizacją. Tego nie zmienisz i jeżeli chcesz być po tamtej stronie wolnym strzelcem - twoja sprawa. W układzie zmieniło się coś po mojej stronie, po stronie czarownic. Zaczęło się zjednoczenie, a zjednoczenie to podmiot, to wróg. Kościół będzie mógł uderzyć w konkretną, nazwaną strukturę. Będzie mógł ją wskazać i potępić. Skończy się u ludzi komfortowa sytuacja, w której nie wie prawica, dająca Panu Bogu świeczkę, co czyni lewica, dająca diabłu ogarek. Skończy się chodzenie i do komunii i do wróżki. Obie strony na tym stracą.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Anna zamilkła i poczekała, aż Antoni przetrawi tę wizję. Po chwili skinął głową na znak, że rozumie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dziś w nocy beltane - powiedział. - Czarownice, które mam na oku, niczego nie przygotowują. To by oznaczało imprezę centralną.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak, sabat zjednoczeniowy - potwierdziła. - Tak, wiem gdzie się odbędzie. Nie, nie możesz tam pójść i przeszkodzić. Nie dasz rady. Nawet z moją pomocą, której ci zresztą nie udzielę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ktoś to organizuje. Pewnie Helena Szablewska.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Oficjalnie tak. W rzeczywistości za sznurki pociąga Jaga Anusz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Brunetka koło trzydziestki, ostra? - zapytał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak. Widzę, że miałeś okazję ją poznać. Oboje żyjecie, więc jesteś dobry, ale nie dość dobry, żeby ją pokonać. Zresztą przed sabatem nie zdążysz, a po sabacie będzie zbyt silna.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A zatem?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Spotkamy się jeszcze - powiedziała wstając od stolika. - Muszę pomyśleć.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-8017063065751950925?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/8017063065751950925/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=8017063065751950925' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/8017063065751950925'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/8017063065751950925'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/09/sabat-cz-1.html' title='Sabat cz. 1'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-8592638866576784033</id><published>2009-09-11T11:07:00.001+02:00</published><updated>2009-09-12T06:53:58.091+02:00</updated><title type='text'>Poszukiwania cz. 4</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;TEMAT: Zabobony oświeconych&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Drabina:&lt;/b&gt;&amp;nbsp;Człowiek z natury jest istotą wierzącą. I nawet jak mu nakładą do głowy, że Boga nie ma, to on i tak znajdzie sobie coś do wierzenia. Stąd popularność New Age, które jest substytutem religii dla ateistycznych neofitów.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Hrumm:&lt;/b&gt;&amp;nbsp;Następny nawiedzony...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Magog:&lt;/b&gt;&amp;nbsp;Daj spokój, niech chłopak rozwinie myśl. Albo dziewczyna. Halo, czy Drabina to dziewczyna?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Drabina:&lt;/b&gt; Kobieta.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Hrumm:&lt;/b&gt; Postarza się, zamiast odmładzać, znaczy - nieletnia.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Drabina:&lt;/b&gt; A możesz merytorycznie odnieść się do założonego przeze mnie wątku?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Magog:&lt;/b&gt; Nie może. Ja też nie mogę, bo nie ma do czego. Odwracasz kota ogonem. Człowiek jest istotą społeczną. W społeczeństwie funkcjonują religie. Jest więc wierzący, ale wtórnie, poprzez społeczeństwo. Najpierw trzeba nakłaść do głowy, że Bóg jest. Dopóki się tego nie zrobi, to go nie ma i ateizmu nie trzeba "nakładać" - ateizm jest stanem przyrodzonym. Nie wiem, o jaką część New Age Ci chodzi, ale jeżeli o magię, to nie jest to substytut religii, tylko kwestia postrzegania pewnych zjawisk. Bliżej temu do nauki, niż do wiary.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Hrumm:&lt;/b&gt; Daj spokój, nie zrozumie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Drabina:&lt;/b&gt; Jak nie masz nic konstruktywnego do napisania, to się nie wcinaj (to do Hrumma było). A Ty Magog mi napisz jak to jest, że oficjalna nauka nie potwierdza tych waszych czarów-marów.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Magog:&lt;/b&gt; Nie potwierdza też teorii religijnych. A i tak - jako katoliczka - zapewne potwierdzisz, że doświadczasz w życiu realnej obecności Boga.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Drabina:&lt;/b&gt; Nauka potwierdziła niewyjaśnioność wielu cudów.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Hrumm:&lt;/b&gt; Jak można "potwierdzić niewyjaśnioność"? Po prostu ich nie wyjaśniła. Przeważnie dlatego, że się tym nie zajmowała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Drabina:&lt;/b&gt; Z Tobą nie rozmawiam. Mam pytanie do Magoga, który napisał, że doświadczam obecności Boga. To znaczy, że Bóg istnieje - sam to przyznajesz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Magog:&lt;/b&gt; Nie. Przyznaję, że istnieją pewne zjawiska, które Ty interpretujesz jako działanie Boga, a ja znajduję dla nich inne wytłumaczenie w okultyzmie. Wytłumaczenie mniej ogólnikowe, bardziej konkretne i dające się lepiej wykorzystać w życiu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Drabina:&lt;/b&gt; I jak Ci to "wykorzystanie w życiu" wychodzi? To wierzący mają piękne, przestronne kościoły, oficjalne święta i publiczne procesje, a wy się musicie chować gdzieś po cmentarzach, czy urządzać zloty na Łysej Górze. Od razu widać, czyje interpretacje lepiej sprawdzają się w życiu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Magog:&lt;/b&gt; Byłaś kiedyś na sabacie? One się nie odbywają w krzakach, tylko w luksusowych hotelach i centrach konferencyjnych. Powinnaś kiedyś wpaść i spróbować.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Drabina:&lt;/b&gt; Może bym i wpadła. Gdzie i kiedy?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Hrumm:&lt;/b&gt; Tylko pamiętaj: z nieogolonymi nogami nie wpuszczają! To elegancka restauracja. Najwyższe piętro, widok na całe miasto.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Magog:&lt;/b&gt; Na dzisiejsze beltane już się nie załapiesz. Za mało czasu, zresztą mamy komplet. Ale mogę Cię wkręcić na letnie przesilenie. Mniejsza impreza, mniejsza selekcja. Daj namiar na priva, spotkamy się, zobaczymy...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Drabina:&lt;/b&gt; Dzięki, dam znać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jakub "Drabina" Sadyba, młody asystent Pawła Kowalczuka wyłączył komputer i poderwał się z krzesła. Pędem przeleciał przez korytarz i bez pukania wpadł do gabinetu przełożonego.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Beltane jest dzisiaj! - zawołał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wiem, kiedy jest beltane - odparł oschle Kowalczuk.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ale ja wiem gdzie! Wiem, gdzie odbędzie się sabat.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Starszy ksiądz wstał z fotela i okrążył biurko. Chwycił młodego za ramiona.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Skąd?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wszedłem na satanistyczny czat w Internecie, tak jak tamta dziewczyna. Udawałem ciekawską panienkę i udało mi się to z nich wyciągnąć.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Złoty chłopak - Kowalczuk uścisnął go, po czym wrócił do biurka. - Dzwonię po policję i jedziemy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-8592638866576784033?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/8592638866576784033/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=8592638866576784033' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/8592638866576784033'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/8592638866576784033'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/09/poszukiwania-cz-4.html' title='Poszukiwania cz. 4'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-5161752509723462836</id><published>2009-09-07T07:51:00.001+02:00</published><updated>2009-09-12T06:50:45.362+02:00</updated><title type='text'>Poszukiwania cz. 3</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Taksówka szybko jechała przez miasto. Koło czternastej nie było korków. Zalane słońcem, prawie puste ulice zachęcały do spaceru, ale Anna Mróz nie miała siły na przechadzkę. Wracała z realizacji trudnego i nietypowego zlecenia. Zasilała starego, sławnego aktora energią życiową jego młodej żony. Pozornie nic nadzwyczajnego - wielu bogaczy wykorzystywało w ten sposób kobiety, którym wydawało się, że to one usidliły majętnego staruszka. Tym razem jednak to żona wynajęła Annę. To żona trwoniła wspólne pieniądze i własną młodość, by przedłużyć życie ponad trzykrotnie starszego od siebie męża. Czarownica wspomniała niedawną burzę medialną wywołaną ich ślubem. Rozważania o łapaniu rychłego spadku, wieszanie psów i na dziewczynie i na starcu. A tu proszę - heroiczne poświęcenie w imię miłości. Zaiste niezbadane są umysły psychofanek.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Z taksówki wysiadła o dwie ulice od swojego domu. Przeszła krętą trasą wstępując po drodze do małej cukierni, by upewnić się, że nikt jej nie śledzi. Dopiero gdy poczuła się pewnie, weszła na klatkę schodową i wspięła się na swoje piętro. Sięgnęła po klucz, otworzyła drzwi i wtedy usłyszała tupot kilku osób zbiegających z wyższego piętra.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Dwóch ubranych na czarno mężczyzn wepchnęło ją do mieszkania. Trzeci, o wiele od nich starszy wszedł ostatni i zamknął drzwi. Czarownica z trudem utrzymała się na nogach, skoczyła w kierunku salonu. Jeden z mężczyzn chciał złapać ją za ramię, ale ręka tylko popchnęła kobietę, która wskutek gwałtownego przyspieszenia wpadła do pokoju potykając się o dywan i przewróciła stolik z kryształową kulą.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Anna dźwignęła się na kolana. Rozpaczliwie potrzebowała energii. Kula była najbliższym jej rezerwuarem, ale leżała teraz o cztery kroki od niej, na serwecie z przewróconego stolika. Czarownica poczuła dłoń chwytającą ją za kostkę prawej nogi. Rzuciła się naprzód i szarpnęła za róg w serwety, by przyciągnąć kulę do siebie. Niestety, wyszarpnięty materiał nadał kryształowi przeciwną rotację i lśniąca sfera potoczyła się w kierunku ściany. Ktoś chwycił Annę za drugą nogę i obrócił ją na plecy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Teraz mogła przyjrzeć się napastnikom. Dwóch z nich było koło trzydziestki. Jeden kucał trzymając kobietę za nogi, drugi powoli obchodził ją szerokim łukiem, żeby zająć się wyciągniętymi za głowę rękoma. Trzeci, bliżej siedemdziesiątki, stał w progu salonu z małym metalowym pudełkiem w dłoni. Czekał. Wszyscy mieli na sobie tanie, czarne garnitury. Niepogniecione, choć lichy materiał zachowałby każdą fałdę. Prawdopodobnie nie nosili ich na co dzień. Nie musiała domyślać się, że to księża. Wiedziała to. Mogła poznać po zachowaniu, ale przede wszystkim poznała starego księdza z pojemnikiem świętego oleju. Minęło czterdzieści lat, ale poznała go.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Tymczasem kula potoczyła się do ściany, odbiła od niej i wróciła wprost do rąk leżącej na wznak czarownicy. Ta, czując znajomy kształt nagle poderwała się do siadu i rąbnęła kulą w czoło trzymającego ją za nogi mężczyznę. Ogłuszony puścił jej kostki, a czarownica natychmiast podwinęła nogi pod siebie klękając na dywanie. Przycisnęła kulę do piersi i oparła na niej czoło. Strumień energii wtargnął dwiema czakrami równocześnie, wypełniając szybko całe ciało Anny. Ogłuszony ksiądz wstawał już, drugi, który przymierzał się do obejścia jej, teraz chciał ją kopnąć.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zostaw! - krzyknął najstarszy z napastników. - Wychodzimy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Młodzi księża posłusznie cofnęli się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Henryku Garlicki, ja ciebie pamiętam - wysyczała czarownica odrywając czoło od kuli, która nagle straciła blask.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ja ciebie też - odparł obojętnie stary ksiądz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Doprawdy? A już myślałam, że nie. Że nie pamiętasz ani mnie, ani rozejmu, który zawarliśmy. Rozejmu, za który zapłaciłam słony okup.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Okupu już dawno nie ma. Sytuacja się zmieniła. Skończyły się dawne czasy i dawne układy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Czarownica poczuła nagły chłód w sercu, ale płynąca w jej ciele energia stłumiła go.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zatem i ja uważam rozejm za zerwany - powiedziała wstając.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Ksiądz Henryk chwycił swoich pomocników za karki i wyciągnął z mieszkania, idąc tyłem i zasłaniając się nimi. Końce palców czarownicy mieniły się już niebieskim światłem, ale pozwoliła im wyjść. W pustym mieszkaniu opadła na fotel i zamknęła oczy. Ogarnęła ją rozpacz i rezygnacja.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-5161752509723462836?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/5161752509723462836/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=5161752509723462836' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/5161752509723462836'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/5161752509723462836'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/09/poszukiwania-cz-3.html' title='Poszukiwania cz. 3'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-1096137193822560409</id><published>2009-09-03T07:04:00.001+02:00</published><updated>2009-09-12T06:45:25.162+02:00</updated><title type='text'>Poszukiwania cz. 2</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Droga z siedziby Kurii Warszawsko-Praskiej do komendy przy ulicy Świętych Cyryla i Metodego to krótki i przyjemny spacer. Można przejść jedną stroną Alei Solidarności i przy odrobinie szczęścia trafić na miejscową faunę w postaci licealistek z Władysława IV, a można drugą stroną i niezależnie od szczęścia cieszyć oko florą Parku Praskiego. Z racji stanu kapłańskiego i zamiłowania do pewności ksiądz Paweł Kowalczuk wybrał stronę parkową. Kończył się kwiecień. Wiosna była w pełnym rozkwicie, świeża zieleń oszałamiała swą bujnością. Słońce, lekki, przyjemny wiatr - błogość wymuszała uśmiech, choć Kowalczukowi nie było do śmiechu. Kończył się kwiecień i kończył się czas na odnalezienie Karoliny Maślak przed beltane.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wnętrze komendy lepiej wpisywało się w nastrój księdza. Dawna siedziba Milicji Obywatelskiej, znana z powiedzenia "Cyryl jak Cyryl, ale te Metody!", nie została zaprojektowana, by wzbudzać pozytywne uczucia. Zaniedbane korytarze, puste oczy mijających go ludzi, w których odbijało się jedynie zdziwienie na widok sutanny. Żadnych "niech będzie pochwalony", tylko nieme "ksiądz? a co on tutaj robi?". Wszystko to skutecznie zgasiło mimowolny uśmiech duchownego i wywołało na twarzy wyraz niechęci i obrzydzenia, którego nie zdołał zetrzeć przed wejściem do gabinetu nadkomisarza Jarosława Bielaka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dzień dobry pochwalony - wypalił policjant zza biurka, mieszając powitania. - Ksiądz siada - wskazał krzesło.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Na wieki wieków amen - odpowiedział powoli, dobitnie, starając się podkreślić znaczenie poprawnego wypowiadania formuł.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co księdza do mnie sprowadza?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To delikatna sprawa. Zaginęła dziewczyna, uczennica jednego z naszych liceów. Pełnoletnia, ale niedojrzała. Maturzystka, więc mógł zadziałać stres przed egzaminem. Albo wiosna. Nie chcemy zgłaszać tego oficjalnie, żeby nie popsuć jej opinii u progu dorosłości, ale też nie chcemy bagatelizować sprawy, na wypadek, gdyby było to coś poważnego, a nie... - szukał słowa.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Samowolka - podpowiedział policjant.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Właśnie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dawno zaginęła?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dwa dni temu. Tu jest jej zdjęcie i dane.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Bielak sięgnął po kopertę ze zdjęciem. Obejrzał dziewczynę - ładną, ale zbyt nieopierzoną, jak na jego gust. Wyjął kartkę z danymi. Imię, nazwisko, data urodzenia, wzrost i waga. Poza tym w kopercie była tylko wizytówka Kowalczuka. Nie za wiele.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Skąd pomysł, że to może być coś poważnego? - zapytał księdza.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Krótko przed zniknięciem nawiązała nowe znajomości przez Internet. Według relacji jej koleżanki mogli to być sataniści.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Proszę księdza, nie wykluczam, że dla dziewczyny chowanej w kościelnym liceum każdy nieznajomy z Internetu, który powoduje zniknięcie koleżanki, jest satanistą. Czy mógłbym z nią porozmawiać?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Już rozmawialiśmy. Internetowi znajomi przedstawili się jako sataniści, a koleżanka niczego więcej nie wie. Proszę mi wierzyć.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Znacie się na przesłuchiwaniu, co? - powiedział nadkomisarz z przekąsem. - Dobrze. Jak w takim razie mogę pomóc? Skoro nie jest to oficjalne zgłoszenie - nie mogę ogłosić oficjalnych poszukiwań.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Myślę, że monitorujecie niebezpieczne sekty - ksiądz starał się nie mówić wprost, że biskup zabiegał kiedyś o zaangażowanie Policji w śledzenie takich środowisk i zapewnienie o woli pomocy uzyskał. - Jeżeli ktoś coś słyszał o dziewczynie, o czarnej mszy, o jakimś zlocie może - będziemy wdzięczni za każdą informację.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Bielak wstał i podszedł do metalowej szafy stojącej pod ścianą. Ze środka wyjął torebkę foliową z małym metalowym słoiczkiem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A propos sekt - powiedział pokazując torebkę duchownemu - wie ksiądz może co to jest?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;To był pojemnik na święty olej. Używany przez bierzmowaniu. Używany przy blokowaniu czarownic. Z bierzmowania raczej nie trafiłby do policyjnej szafy. Kowalczuk wzruszył ramionami i zrobił zdziwioną minę, ale wprost ani nie zaprzeczył, ani nie potwierdził, czy kojarzy obiekt.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Czemu pan pyta? - zaciekawił się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mamy taką jedną sprawę. I zaczynam podejrzewać mord rytualny.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ach tak. No nic, pójdę już - ksiądz wstał z krzesła. - Proszę pamiętać o tej dziewczynie. I jeżeli ja ze swojej strony mogę w czymś panu pomóc, to również proszę dzwonić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wyciągnął dłoń do pożegnania. Nie przepadał za tym, chciał jednak nawiązać pozytywny kontakt ze śledczym. Policjant uścisnął rękę, ale jej nie puścił.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Właściwie jest coś - zaczął. - Moja córka ma w tym roku komunię. Gdyby biskup zechciał zaszczycić naszą parafię, to żona bardzo by się ucieszyła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A może ma przyjść do państwa na przyjęcie komunijne? - zapytał Kowalczuk z przekąsem, oburzony bezczelnością nadkomisarza.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie, zbytek łaski, proszę księdza. Rodzina żony jest bardzo tradycyjna, więc to nie będzie przesadnie nowoczesna, bezalkoholowa komunia. Nie chciałbym księdza biskupa stawiać w niezręcznej sytuacji. Wystarczy, jak moja Kasia zostanie włączona do orszaku darów ołtarza, czy jak to tam się nazywa.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zobaczę, co da się zrobić - syknął ksiądz, uwalniając rękę i nie pytając nawet, jaka to parafia. - Z Bogiem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wyszedł wściekły. Na ulicy dzień nadal był piękny i słoneczny, ale tym razem nie udzielało się to Kowalczukowi ani trochę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-1096137193822560409?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/1096137193822560409/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=1096137193822560409' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/1096137193822560409'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/1096137193822560409'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/09/poszukiwania-cz-2.html' title='Poszukiwania cz. 2'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-535801391411435500</id><published>2009-08-31T05:47:00.001+02:00</published><updated>2009-08-31T05:47:27.923+02:00</updated><title type='text'>Poszukiwania cz. 1</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wziąłbyś się do roboty - powiedziała Zuzanna, gdy Antoni po raz kolejny przeszedł w szlafroku przez salon. - Nie lubię, jak się kręcisz całymi dniami po domu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Popielniczka, w której zakotwiczona była jej eteryczna postać, stała na stoliku do kawy przy oknie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Przynajmniej masz towarzystwo - burknął siadając z fotelu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie obraź się, ale twoje już mi spowszedniało. A nie pracując, nie przynosisz żadnej lektury. Nudzi mi się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Mężczyzna założył nogę na nogę, obnażając się bezwstydnie i zaczął dłubać przy paznokciach. Zuzanna odwróciła się, nie tyle zawstydzona, co obrzydzona widokiem. Była już stara, a lata uwięzienia w formie eterycznej dodatkowo budowały w niej niechęć do fizyczności.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zresztą to twoja wina - rzucił, gdy uporał się już z jedną stopą i zaczął grzebać przy drugiej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Moja?!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A kto mówił, że po upadku z konia trzeba zaraz wskoczyć na siodło, bo inaczej człowiek już nigdy nie wróci do jazdy? Uparłaś się, żebym zaraz po nieudanej akcji na Mokotowie poszedł na drugą. Jeszcze gorzej przygotowaną i jeszcze mniej udaną.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie moja wina, że czarownica się spóźniła i nie miałeś na kim się odegrać. Pomyśl, że to było działanie prewencyjne. Te adeptki, które rozpędziłeś, już czarownicami nie zostaną. Nie zablokowałeś jednej realnej, ale w dłuższej perspektywie zablokowałeś pięć potencjalnych.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zerknęła przez ramię, czy Antoni ogarnął się już na tyle, by mogła bez przykrości obcować z nim twarzą w twarz. Okazało się, że owszem, więc odwróciła się znów przodem do niego.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To dobry wynik i udana akcja - dodała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie wydaje mi się. Czarownica nie pójdzie na policję, potencjalna czarownica może. A te paniusie wyglądały mi na prędkie w składaniu skarg i zażaleń. Dość mam kłopotów z policją przez niesprzątnięte trupy z Pragi. Zresztą nad głową śledczego łatwiej zapanować, niż nad wypełnionym na jakimś komisariacie zgłoszeniem napaści. Papieru nie zahipnotyzujesz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wróć więc do polowania na czarownice, które skarg nie składają. I jak coś robisz - rób to dobrze. Bez śladów, bez form przejściowych, jak moja.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Sama przybrałaś tę formę. Ja cię tylko w niej uwięziłem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tylko! - prychnęła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Muszę zrobić sobie przerwę - oświadczył. - Co najmniej przerwę. Jest za gęsto. Czarownice organizują się, wkrótce trudno będzie znaleźć jakąś samotną, którą można spokojnie i cicho podejść. Policja się mną interesuje. Kościół się zaktywizował.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Myślałam, że jesteście po tej samej stronie barykady.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To nie barykada, to wojna. I ma wiele stron, wiele frontów. Kościół walczy z czarownicami, bo Bóg tak każe. Ja w Boga nie wierze, co zresztą było powodem mojego odejścia z tej instytucji. Mam własne powody i własne metody walki. I moje metody podpadają pod to, co ściga Kościół. Dla nich też jestem czarownikiem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A jakie ty masz własne powody ścigania czarownic? Zawsze wydawało mi się, że tylko to potrafisz i robisz to niejako z rozpędu, by nie powiedzieć, że z pobudek finansowych.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- O nie-nie-nie - wstał i podszedł do czarownicy. - Ja bronię porządku. Bronię równowagi w świecie płci, gdzie mężczyzna jest przedsiębiorczy i władczy, a kobieta opiekuńcza i podległa. Czarownice wypaczają ten model. Naruszają równowagę i prowadzą świat ku zagładzie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Antek, proszę cię, przestaw mnie na podłogę, bo muszę pozwijać się ze śmiechu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To nie jest śmieszne - mruknął, nie spełniając prośby.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Skoro ty taki porządnicki jesteś, to może z policją będzie ci po drodze? Oni też pilnują porządku.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Niestety, teraz to oni pilnują nowych porządków.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ale jakiegoś sprzymierzeńca potrzebujesz. Wszyscy się organizują - ty też powinieneś.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Niby z kim? - zapytał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Z pewną czarownicą, która też chciałaby, żeby wszystko było po staremu. No, no, nie najeżaj się - dodała szybko widząc jego reakcję. - Możesz rozmawiać ze mną, możesz porozmawiać i z nią. Tylko porozmawiać. Rozwiążecie problem jednoczenia się i otwartej wojny, wrócicie do swoich partyzanckich działań. Potem możecie się nawet pozabijać. Zgoda?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nic złego się nie stanie - pomyślał. Przynajmniej będę miał namiar na kolejną jędzę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zgoda.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-535801391411435500?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/535801391411435500/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=535801391411435500' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/535801391411435500'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/535801391411435500'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/08/poszukiwania-cz-1.html' title='Poszukiwania cz. 1'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-5289487589457790266</id><published>2009-08-24T05:39:00.001+02:00</published><updated>2009-08-24T05:39:53.321+02:00</updated><title type='text'>Władza i siła cz. 4</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Marzena Laskowska leżała na skórzanej kanapie w swoim salonie i dość szybko opróżniała kolejne kieliszki czerwonego wina. Na fotelu, który zwykle sama zajmowała, przyjmując gości, tym razem siedziała Anna Mróz. Także z kieliszkiem wina, jednak dużo rzadziej podnoszonym. Marzena zaprosiła ją, żeby się wyżalić i by w rozmowie jakoś pozbierać się, wypracować plan działania.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Agnieszkę poznałam na studiach podyplomowych - opowiadała. - Czasem stawiałam jej tarota. Podobno najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Jeżeli ludzie poznają cię jako czarownicę i spotykają tylko w tej roli, to łatwo utrzymać aurę tajemniczości. Łatwo być wieszczką, szafarką wiedzy tajemnej. Rozumiesz?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Starała się mówić lekko napuszonym językiem, do którego nawykła w kontakcie z klientami, ale Anna doskonale ją rozumiała. Rozumiała też, że musiało stać się coś ważnego. Inaczej Marzena nie zaczynałaby opowieści od początków swoich kontaktów z magicznym rzemiosłem. Nie odwróciłaby też swojej pozycji gospodyni, w której z fotela analizowała klientki rozłożone na kanapie jak na kozetce.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- W drugą stronę jest trudniej - kontynuowała. - Ale z nią mi się udało. To mnie podbudowało, pomogło uwierzyć we własne siły. Oto wzorowa studentka, dziewczyna, która nie raz widziała mnie w sytuacji, gdy czegoś nie wiem, nie umiem, nie potrafię - ufała mi. Cokolwiek wyszło mi w kartach, starała się zastosować w życiu. Nigdy wcześniej nie miałam na nikogo takiego wpływu, nawet na facetów. Wszystko dzięki temu, czego uczyłam się od ciebie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Skończyła kolejny kieliszek i sięgnęła po butelkę. Chciała dolać też swej dawnej mistrzyni, ale ta wciąż miała szkło w jednej trzeciej pełne.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Firma, w której pracowała, szukała atrakcji na Andrzejki dla pracowników. Agnieszka zaproponowała im mnie. Było jeszcze parę innych osób, ktoś prowadził wróżby z wosku, był astrolog z laptopem - wiesz, przegląd jak na targach parapsychologicznych. Ale to do mnie zrobiła się największa kolejka, bo z każdym porozmawiałam, każdy dowiedział się z kart czegoś prawdziwego. Na drugi dzień Agnieszka znów zadzwoniła mówiąc, że żona prezesa chce się umówić na indywidualną sesję.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Gospodyni rozpięła spinkę, pozwoliła rudym włosom opaść na ramiona. Ze stóp zrzuciła domowe pantofelki, wsunęła nogi pod poduszki kanapy. Czuła się coraz swobodniej, rozmowa przynosiła ulgę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I tak to się zaczęło. Zaczęłam obsługiwać Jolkę, żonę prezesa i jej koleżanki. Z rozpędu też Agnieszkę, która dzięki temu awansowała. Najpierw zwykłe sesje, wróżby, pomoc przy podejmowaniu decyzji. Ale potem doszły lubczyki, wzmacnianie kosmetyków, dziewczyny chciały się uczyć. Zostałam mistrzynią, miałam własny &lt;i&gt;coven&lt;/i&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- &lt;i&gt;Coven&lt;/i&gt;. Znaczy sabat, ale żeby dziewczynom nie mieszał się sabat-zgromadzenie z sabatem-zlotem, zdecydowałam się na wiccańskie nazwy: &lt;i&gt;coven&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;esbat&lt;/i&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jasne - Anna skinęła głową. W sumie dobrze, że komercyjne przedsięwzięcie trzymało się komercyjnych nazw.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zbyt wiele ich nie nauczyłam. Dla nich to było kolejne hobby, gdzieś między jazdą konną a spa. Dawało korzyści seksualne i pomagało dbać o urodę. Nie rozwijały się specjalnie, ale ja z nich żyłam.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Butelka była pusta, więc Marzena poszła do kuchni po drugą. Po powrocie dolała z rozpędu w oba kieliszki, mieszając u Anny merlot z shirazem. Ruchy rudej czarownicy stały się bardziej zamaszyste. Najwyraźniej zbliżała się kulminacja, bo po początkowym rozluźnieniu opowieść zaczynała ją nakręcać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ja z nich żyłam, rozumiesz?! - powtórzyła, wracając na kanapę. - Na podyplomowe poszłam, żeby się przekwalifikować i wyrwać z biura. A w wyniku tych studiów, tej znajomości, całkowicie zmieniłam życie. Zaczęłam utrzymywać się ze swojej pasji, robić to, co zawsze chciałam. I tylko to. Żyłam jak królowa, bo moje leniwe uczennice każdy odczynnik kupowały ode mnie. Zioła z Herbapolu po przesypaniu do papierowych rożków sprzedawałam z pięćdziesięciokrotnym przebiciem. I jednego dnia wszystko trafił szlag! - machnęła kieliszkiem, rozlewając część wina.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co się stało?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dziewczyny zebrały się na &lt;i&gt;esbat&lt;/i&gt;. Zanim do nich dojechałam, pojawił się jakiś pieprzony inkwizytor i na śmierć je przestraszył. Jedną pobił, rozumiesz? A mnie tam nie było, żeby je obronić. Teraz nie chcą mnie znać. Straciłam swój coven, swoje klientki. Przez jakiegoś klechę od Kowalczuka i jedno głupie spóźnienie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Gdybyś się nie spóźniła, mogłabyś stracić o wiele więcej. Zwłaszcza, jeżeli on nie był od Kowalczuka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A od kogo? Podobno Kowalczuk dostał nowe rozkazy od biskupa Morawskiego. Jeździ po parafiach, organizuje. Znasz go, znasz ich obu - to nie są ludzie dialogu. Wzięli się za nas. I my też musimy się zorganizować.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- No tak - stwierdziła Anna - rozmawiałaś z Jagą. Zaraziła cię swoim planem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To nie jej plan. Ciotka Helena ma być głową Wielkiego Sabatu. To chyba wystarczający autorytet, nawet dla ciebie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Anna odstawiła kieliszek i podniosła się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Szanuję Helenę - powiedziała, przechodząc do przedpokoju. - Ale znam Jagę i widzę, jaki ma ona wpływ na ciotkę. Nie jesteś już moją uczennicą, ale proszę, przemyśl to jeszcze. I nigdy nie mów mi, że muszę się w coś zorganizować - dodała wychodząc.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-5289487589457790266?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/5289487589457790266/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=5289487589457790266' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/5289487589457790266'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/5289487589457790266'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/08/wadza-i-sia-cz-4.html' title='Władza i siła cz. 4'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-990290198387852686</id><published>2009-08-20T06:44:00.001+02:00</published><updated>2009-08-20T06:44:35.018+02:00</updated><title type='text'>Władza i siła cz. 3</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Mroczne inskrypcje okrywały ściany. Antoni Padewski szedł po schodach, mijając nieczytelne słowa, ale mrok mu nie przeszkadzał. Na praskich klatkach żarówki znikały szybciej, niż je uzupełniano. Zaś jeśli chodzi o napisy to nie był ciekaw ich treści - kto kogo kocha, czy kto uprawia najstarszy zawód świata. Dotarł do kraty na piętrze Krzysztofa Wiśniewskiego i zadzwonił dzwonkiem do mieszkania pasera. W wizjerze mignęło światło - znak, że ktoś patrzy - i po chwili zabrzęczał elektromagnetyczny zamek. Padewski otworzył kratę, wszedł do wąskiego korytarzyka i zamknął ją z powrotem. Paser, wiedziony ostrożnością, nigdy nie otwierał obu drzwi swojej śluzy bezpieczeństwa równocześnie. Szczęknął zamek kraty, ale drzwi nie otworzyły się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- No? Co jest? - zapytał po dłuższej chwili.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Za drzwiami panowała cisza. Antoni zastukał do nich, wreszcie zadzwonił ponownie. Nic. Ciężkie, okute drzwi tłumiły odgłosy z wnętrza, nie było też możliwości nawiązania psychicznego kontaktu z Wiśniewskim. Upewnił się, że nikt nie patrzy przez wizjer i szybko schował swoją torbę do starego sekretarzyka wystawionego na korytarz za kratą. Po czym spokojnie stanął pod ścianą i czekał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nadkomisarz Bielak przyjechał po niecałej półgodzinie. Mężczyźni bez słowa zmierzyli się wzrokiem przez kratę. Wreszcie policjant wyjął pistolet i wycelował go w Padewskiego, każąc mu cofnąć się pod najdalszą ścianę. Nacisnął dzwonek, a w odpowiedzi paser otworzył kratę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Policja - powiedział, stając w otwartych drzwiach i pokazując legitymację. - Ręce do góry i odwróć się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Schowaj żelazo do jaszczura - wolno powiedział Padewski patrząc policjantowi prosto w oczy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Broń schowaj. Niepotrzebna - starał się emanować spokojem, który wobec sytuacji konfliktowej zwiększał tylko dysonans w głowie Bielaka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Trzymaj ręce w górze!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dlaczego w górze? W czym to pomoże? Przecież nie wiesz, co ci grozi. Zetknąłeś się z zabójstwami, których nie potrafisz wyjaśnić, których przebiegu, ani przyczyn śmierci nie potrafisz sobie wyobrazić. Nie wiesz, co mogę ci zrobić. Nie wiesz, czy ręce w górze pomogą mi w tym, czy przeszkodzą. Nie wiesz nawet, czy stoję przed tobą, czy to tylko złudzenie. Może jestem za twoimi plecami? - mówił tak sugestywnie, że nadkomisarz omal się nie obejrzał - Może schowaj broń i porozmawiajmy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Policjant z ociąganiem schował pistolet do kabury i usiadł na kanapie. Jakiej kanapie?! Rozejrzał się wokół siebie. Byli w kawiarni, mężczyzna zadenuncjowany przez pasera siedział naprzeciw niego, uśmiechał się. Uroku mu to nie dodawało.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co się...?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Poszliśmy porozmawiać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ale jak? Hipnoza - domyślił się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Po prostu poprosiłem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Aresztuję cię - powiedział bez przekonania. Jakoś słabo to zabrzmiało. - Za potrójne zabójstwo.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Potrójne. Czyli chodzi o Szablewską - uświadomił sobie Padewski. Spodziewał się, że chodzi raczej o inne tragiczne w skutkach interwencje u czarownic, z których fanty upłynniał przez Wiśniewskiego. Dziwne, bo klejnoty z tej akcji dopiero przyniósł na sprzedaż i tkwiły teraz w sekretarzyku u wiarołomnego pasera. Policja zadziałała nadzwyczaj sprawnie, może ze względu na martwych księży. O ile wiedzieli, że to księża.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Trzy trupy to jeszcze nie potrójne zabójstwo - zaczął. - Mężczyźni zginęli z rąk broniącej się kobiety.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Fakt, taka była wstępna wersja aspiranta Marczaka i późniejsze badania potwierdziły ją.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A kobieta?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Kobieta umarła ze starości. Nie macie wyników sekcji?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wyniki rzeczywiście były. Nadkomisarz uznał je za bzdurę, bo przecież ludzie nie umierają ze starości w trakcie napadu i usiłowania gwałtu. Zawał w takiej sytuacji - owszem - ale według patologa to nie był zawał. Po telefonie pasera z informacją, że ma w klatce poszukiwanego za mokrą robotę, Bielak nawet nie zdążył się zastanowić, czy wciąż szuka mordercy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A skąd ty to wszystko wiesz?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Powiedzmy, że prowadzę monitoring branży, w której działała ta kobieta.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Padewski dopił kawę i wstał. Policjant chciał go powstrzymać, ale nie mógł.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Skontaktuję się jeszcze - zapowiedział Antoni. - Wziąłem sobie twoją wizytówkę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Podszedł do drzwi, na progu odwrócił się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I nie zapomnij o rachunku - rzucił, a Bielak poczuł, że wraca mu władza w członkach.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-990290198387852686?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/990290198387852686/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=990290198387852686' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/990290198387852686'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/990290198387852686'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/08/wadza-i-sia-cz-3.html' title='Władza i siła cz. 3'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-4513901224842174688</id><published>2009-08-17T07:54:00.001+02:00</published><updated>2009-08-17T07:56:11.172+02:00</updated><title type='text'>Władza i siła cz. 2</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Znowu macie jakieś opętanie? - zapytał Paweł Kowalczuk, wchodząc do gabinetu matki dyrektorki w katolickim liceum dla dziewcząt.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - odpowiedziała matka Barbara Kostyga, wstając zza biurka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Na wieki wieków. Co się stało?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zaginęła jedna z uczennic, Karolina Maślak. Ze względu na okoliczności podejrzewam uprowadzenie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;To było coś nowego. Nie zaginięcie, tylko od razu uprowadzenie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jakież to okoliczności? - zapytał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Poszła na spotkanie z obcymi ludźmi, satanistami poznanymi w Internecie. Nie wróciła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zakonnica była sucha i fachowa. Starała się podawać same fakty. Wiedziała jednak, jaki wyłania się zza nich obraz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Przepraszam, ale czy uczennice mają tu teraz swobodny dostęp do Internetu i mogą umawiać się na randki, że o satanistach nie wspomnę?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Korzystała z Internetu w bibliotece publicznej. Na spotkanie wyrwała się podczas jednego z grupowych wyjść do tej biblioteki. Kryła ją koleżanka. Od niej dowiedziałam się szczegółów sprawy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To ta na korytarzu? - zapytał, przypominając sobie dziewczynę, którą mijał w drodze do gabinetu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wejść! - zawołał w stronę drzwi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Upłynęła dłuższa chwila nim do dziewczyny dotarło, że to ją wołano. Wstała, poprawiła plisowaną spódniczkę i weszła do środka ze spuszczoną głową. Strach ściskał jej gardło. Ksiądz przyglądał się uczennicy bez słowa, aż podniosła zapłakane oczy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wyjść! - powiedział wreszcie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Grzecznie odwróciła się i wyszła z powrotem na korytarz. Nie miała pojęcia, czy może już sobie pójść, czy też powinna czekać jeszcze na kolejne wezwanie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wszystko już powiedziała - stwierdził Kowalczuk, zwracając się do matki dyrektorki. - Powiadomiliście kogoś? Rodziców? Policję?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jeszcze nie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dobrze. Odeślijcie tę beksę do klasztoru na rekolekcje. Powiedzcie rodzicom, że pojechały obie. W intencji maturalnej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak jest.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Twoi przełożeni też jeszcze nie wiedzą, co? - stwierdził raczej, niż zapytał, obchodząc biurko i stając przy oknie. - Dlatego zwróciłaś się do mnie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Pomyślałam, że skoro to sataniści, to będziesz najlepszą osobą.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Znali się od lat. On był wtedy jeszcze młodym duchownym bez stanowiska, ona zwykłą siostrą nauczycielką. Zawsze pomagał - zwłaszcza przy opętaniach, które zwykle okazywały się atakami paniki wywołanymi ukrywaną ciążą. Odbierał dzieci, ukrywał je w kościelnych sierocińcach. Takich jak ten, z którego kiedyś na swe utrapienie biskup Morawski wziął Antoniego Padewskiego, żmiję na własnej piersi hodowaną. Bezbożnika i zdrajcę. Kowalczuk odegnał te myśli, spróbował uciec przed problemami na swoim podwórku w sprawę uczennicy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wiesz co się zbliża? - zagadnął.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Maj. Matury. Komunie - pomyślała chwilę. - Długi weekend - dorzuciła coś ze świeckich spraw.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Beltane - powiedział. - Jeden z głównych sabatów. Jeżeli szybko jej nie znajdę, twoją podopieczną czeka złożenie w ofierze podczas czarnej mszy. Czyli śmierć, albo los gorszy od śmierci, zależy od liturgii.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Przynajmniej wróciłaby żywa.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Może nawet z dzieckiem. I niekoniecznie ludzkim.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-4513901224842174688?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/4513901224842174688/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=4513901224842174688' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4513901224842174688'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4513901224842174688'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/08/wadza-i-sia-cz-2.html' title='Władza i siła cz. 2'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-5381112443345748254</id><published>2009-08-13T05:21:00.001+02:00</published><updated>2009-08-13T05:21:15.164+02:00</updated><title type='text'>Władza i siła cz. 1</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Małe sportowe bmw zjechało z mostu Siekierkowskiego i skręciło w Czerniakowską. Tuż za nim, z trudem utrzymując dystans, pędziła ogromna terenówka z przyciemnianymi szybami. Samochody skręciły w Bartycką i zaczęły kluczyć po uliczkach w coraz słabiej zaludnionej okolicy. Było już ciemno, a nie wszędzie paliły się latarnie. Reflektory odkrywały przeszkody z minimalnym przy tej prędkości wyprzedzeniem. Wreszcie bwm wjechało na podjazd przed niewielką halą magazynową i stanęło, gasząc światła. Terenówka także wtoczyła się na wyłożony kostką podjazd i zatrzymała się w pobliżu rampy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Z samochodów wysiadło w sumie pięć kobiet. Dobrze ubranych, umalowanych i pozbawionych wieku. Wszystkie miały między trzydzieści a pięćdziesiąt lat, ale trudno byłoby ustawić je według dat urodzenia. Wiek postrzegany stał się funkcją czasu dzielonego przez stan konta. Kierująca bmw wyjęła z torebki pęk kluczy i otworzyła halę hurtowni materiałów do wykańczania wnętrz. Kobiety weszły do środka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jolu, a gdzie Marzena? - zapytała jedna z pasażerek terenówki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jola, która dzierżyła klucze, klepnęła dłonią w torebkę z komórką.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wysłała mi esemesa, że się spóźni. Mamy wszystko przygotować.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Same? - zdziwiła się pytająca.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tylko przygotować, Baśka - uspokoiła ją gospodyni. - Nie zaczynamy bez niej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wybrały największe wolne miejsce w magazynie. Na betonowej podłodze zaczęły ustawiać niskie, grube świece, kredę do narysowania kręgu i swoje własne, tajemne zawiniątka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co masz? - jedna z kobiet zapytała Baśkę. - Kosmetyki?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie - efektowna blondynka z burzą loków uśmiechnęła się. - Pora wreszcie wykorzystać odzyskany blask. Nie zamierzam chować go...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Pod korcem - podpowiedziała egzystencjalna brunetka w okularach z szerokimi oprawkami.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dla męża - dokończyła blondynka. - Szykuję lubczyk. Z kosmykiem włosów - pogładziła jedwabne zawiniątko.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Kto to? - zainteresowała się Jola. - Twój trener?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Na trenera nie potrzeba lubczyku - prychnęła Baśka. - To lekarz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Twój?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mój trochę za dużo o mnie wie. To gin mojej córki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Skąd wzięłaś kosmyk jego włosów? - chciała wiedzieć brunetka, ale nie doczekała się odpowiedzi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ja też niedługo odpuszczę sobie wzmacnianie kosmetyków - oświadczyła krągła szatynka. - Za radą mistrzyni postanowiłam postymulować węża Kundalini, by skłonić mistyczną energię do wędrówki przez moje ciało.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To się mąż ucieszył - stwierdziła Baśka. - Został wreszcie dopuszczony do pupci. Chyba że to nie mąż.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mąż, mąż - roześmiała się szatynka. - Mój taternik dotarł wreszcie do małej groty.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I to działa?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Działa doskonale. Tylko trzeba się odpowiednio nastawić. Wiesz, na przeżycia mistyczne. Nie myśleć o bólu, higienie, czy co to zmieni w twoim małżeństwie. Musisz skupić się na słowach mistrzyni i otworzyć na pranę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A propos - przypomniała sobie Jola. - Gdzie ta Marzena? Pełnia nam ucieknie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jak na zawołanie otworzyły się drzwi. Ale nie weszła przez nie Marzena, mistrzyni tego sabatu. Na progu magazynu stał Antoni Padewski. Kobiety zbiły się w grupkę i patrzyły na niego zaskoczone. Mężczyzna podszedł do zgromadzonych akcesoriów i kilkoma kopnięciami rozrzucił je po podłodze. Rozdeptał kredę, podeszwę wytarł w zawiniątka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co pan robi? - jako pierwsza odezwała się Jola. - Proszę wyjść!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Do garów, suki - syknął, ruszając w ich stronę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dzwonię na policję - zapowiedziała gospodyni, sięgając po komórkę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Padewski wyrwał jej telefon z ręki i rzucił nim o ścianę. Chwycił kobietę za gardło i potrząsnął. Pusto. Żadnej energii, cholerna amatorka. Odepchnął ją na bok, nie utrzymała się na szpilkach, upadła, raniąc kolana. Złapał następną i znowu nic. Szatynka o pełnych kształtach energetycznie też była prawie pusta. Ktoś uderzył go torebką w plecy. Puścił kobietę i odwrócił się do blondynki stojącej za nim na szeroko rozstawionych nogach.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Chyba nie uderzysz kobiety - powiedziała, wymachując torebką.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Złudny stereotyp.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Uderzył na odlew wierzchem dłoni. Cios posłał Baśkę na stos kartonów przygotowanych do wysyłki. Podniósł ją stamtąd za gardło, ale znów nie wyczuwając energii, puścił z powrotem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ty - powiedział do brunetki. - Na tym gównianym esbacie musi być choć jedna czarownica.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie! - cofała się między regały z towarem. - Nie ja. Spóźni się. Ona się spóźni - mówiła drżącym głosem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- No tak - stwierdził i wyszedł, trzaskając drzwiami - Kobiety!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-5381112443345748254?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/5381112443345748254/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=5381112443345748254' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/5381112443345748254'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/5381112443345748254'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/08/wadza-i-sia-cz-1.html' title='Władza i siła cz. 1'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-8236409068998942674</id><published>2009-08-10T05:05:00.001+02:00</published><updated>2009-08-10T05:05:22.264+02:00</updated><title type='text'>Shock and awe cz. 4</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Modernistyczna kostka willi z połowy XX wieku tonęła w zieleni Mokotowa. Ukryty w cieniu drzewa, już po wewnętrznej stronie ogrodzenia, Antoni Padewski obserwował ulicę i okna okolicznych posesji. Nikogo. Ostrożnie podszedł do nieużywanych, tylnych drzwi domu. Wejście od kuchni było zamknięte, ale dolny lufcik okna obok nich ktoś zostawił uchylony. Mężczyzna wyciągnął zza pazuchy szczypce i przeciął długi haczyk podtrzymujący lufcik. Drugą ręką przytrzymał ramę, ostrożnie odkładając szybę na parapet. Teraz mógł sięgnąć głębiej. Wsunął całe ramię i przekręcił mosiężną klamkę, otwierając okno na oścież. Wszedł do środka, zamknął okno i lufcik. Resztki rozciętego haczyka schował do kieszeni marynarki. Żadnych śladów.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Przez chwilę stał w służbówce, nasłuchując odgłosów z domu. Cisza, tylko na górze skrzypiało krzesło. Przeszedł do kuchni i małymi krokami posuwał się dalej. W holu musiał przystanąć i dobrze się rozejrzeć. Było stąd widać prawie wszystkie drzwi włącznie z wejściowymi i pojedynczy ciąg schodów przyklejony do ściany. Prosta balustrada kontrastowała z meblami art deco wyraźnie starszymi od willi. Wnętrze wydawało się puste i nieprzytulne. Samotnie mieszkająca tu czarownica nijak nie mogła wypełnić sobą piętrowego, trzystumetrowego domu. Pewnie dlatego wszystkie drzwi były pozamykane - dzieliło to przestrzeń na mniejsze fragmenty, łatwiejsze do ogarnięcia dla lokatorki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Padewski zaczął wspinać się po schodach. Zlustrował korytarz na piętrze, szybko zlokalizował jedyne uchylone drzwi. To zza nich dochodziło skrzypienie. Zajrzał przez szparę, przesuwając głowę, by ogarnąć cały pokój. Był to spory gabinet z bogatą biblioteką. Za ciemnym, politurowanym biurkiem ustawionym naprzeciw okna siedziała kobieta. Siwe włosy miała upięte w kok, ramiona okrywała jej czarna, ażurowa chusta. Palce lewej dłoni gładziły lekko talię kart, z której dobierała prawą ręką.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Niebezpieczeństwo - szepnęła, kładąc kolejną kartę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zgrzytnęły otwierane drzwi. Odwróciła głowę i próbowała wstać. Padewski w dwóch krokach pokonał dzielącą ich przestrzeń.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Pozdrowienia od siostry - powiedział. - Zaprasza cię do siebie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nasadą prawej dłoni uderzył na wysokości mostka, przygważdżając kobietę do biurka. Wyrysowany na nadgarstku sigil wszedł w kontakt z czakrą serca, energia popłynęła gwałtownym strumieniem. Zbyt gwałtownym. Nie spodziewał się, że stara czarownica podda się tak łatwo. Silne mrowienie ogarnęło całą rękę, która opadła bezwładnie wzdłuż boku. Sytuacja stała się absurdalna. Stał tuż obok czarownicy kompletnie pozbawionej mocy i nie był w stanie wykonać żadnego skoordynowanego ruchu ręką, żeby ją zapieczętować. Położył jej lewą rękę na czubku głowy, ale nie potrafił narysować symbolu. Patrzyli na siebie, oboje wyraźnie zaskoczeni obrotem sprawy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nagle usłyszał kroki. Obracając się, szarpnął na wpół sparaliżowaną kończyną i trafił dłonią prosto w szyję nadbiegającej brunetki. Palce słabo zacisnęły się na krtani, energia niespodziewanie znalazła ujście, wypełniając gardło kobiety. Uderzenie mocy rzuciło ją na regał, po którym osunęła się bezwładnie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Antoni rozejrzał się niezdecydowany. Odzyskał władzę w ręku i stał tuż przy bezsilnej ofierze. Z drugiej strony pieczętowanie zajęłoby mu chwilę, a w drugim kącie pokoju przytomność odzyskiwała nieznana mu kobieta. Młoda jak na czarownicę. Ale mogła też dobrze się konserwować. Pogoń za wieczną młodością i urodą rozwinęła się niemal w osobną dziedzinę czarów. On naładował ją zaś mocą, której mogłaby użyć przeciw niemu. Mocą, która wyraźnie rozpływała się po jej ciele, strosząc włosy na głowie i elektryzując materiał grafitowego kostiumu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Otworzyła oczy i to przesądziło. Padewski popchnął starą z powrotem na krzesło, wybiegł z gabinetu i opuścił willę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jadwiga Anusz podniosła się z podłogi i przeciągnęła jak kot. Nigdy jeszcze nie czuła w sobie tak wielkiej energii. Przygładziła włosy, dotknęła palcami gardła. Wciąż pulsowało, jak gdyby stało się drugim sercem. Podeszła do zwisającej z krzesła starej czarownicy i pomogła jej się wyprostować.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jestem już taka stara. Taka słaba - poskarżyła się tamta.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jaga po raz pierwszy widziała słabość ciotki Heleny Szablewskiej. I nie wiedziała, co ma z tym zrobić. Poważały ją wszystkie. Przychodziły po radę. Prosiły o rozstrzyganie sporów i uznawały jej osąd. A teraz siedziała tutaj, na wpół żywa, pokonana przez jakiegoś obcego chudzielca. Na krótko przed sabatem. Niedobrze. Położyła ręce na siwych włosach - teraz wydawały się bardziej siwe, niż przy ostatnim spotkaniu - i oddała część energii.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dziękuję - ciotka Helena zaczęła oddychać swobodniej. - Za wszystko.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mam godną ofiarę - powiedziała wreszcie Jaga. Nie chciała rozmawiać o tym, co przed chwilą zaszło.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To dobrze. Bardzo dobrze. Ale ja... ja chyba nie dam rady.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zbliża się beltane - przypomniała młoda czarownica.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie dam rady - powtórzyła stara. - Za długo to odkładałam.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wzięła Jadwigę za rękę i spojrzała jej w oczy. Próbowała coś w nich wyczytać, lecz tego także nie potrafiła już zrobić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ty poprowadzisz ceremonię - zdecydowała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Brunetka przygryzła wargi, żeby nie uśmiechnąć się zbyt szeroko. Nareszcie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-8236409068998942674?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/8236409068998942674/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=8236409068998942674' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/8236409068998942674'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/8236409068998942674'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/08/shock-and-awe-cz-4.html' title='Shock and awe cz. 4'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-4472133825964567484</id><published>2009-08-06T05:38:00.001+02:00</published><updated>2009-08-06T05:38:34.292+02:00</updated><title type='text'>Shock and awe cz. 3</title><content type='html'>&lt;DIV&gt;&lt;BR&gt;&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- &lt;I&gt;Paulina Buczek, dwadzieścia cztery lata. Zaborczy narzeczony, toksyczny związek, niechciana ciąża. Poczucie nacisku, uwiązania, obawa przed ostatecznym zamknięciem w klatce. Zalecenia: zabieg, zerwanie znajomości, izolacja od źródła problemu (narzeczony), nowe życie.&lt;/I&gt;&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;Padewski zamknął kalendarz zabrany z domu Hanny Szablewskiej i odłożył go na podłogę. Siedział na deskach poddasza i patrzył na unoszącą się eterycznie nad popielniczką Zuzannę.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Jak na osobę starej daty bardzo lakonicznie pisała - stwierdził. - Obawiam się, że nie napasiesz się tymi wspomnieniami.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- O, przeciwnie - zjawa migotała lekko. - Ja to sobie wszystko wypełnię treścią. Powyobrażam, przemyślę. Przynajmniej nie będę się nudzić.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- A nudzisz się?&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Nie, wcale. Od ośmiu lat jestem uwięziona w tej formie, wiszę dnie i noce jak dymek z papierosa nad popielniczką, a jedyną moją rozrywką są rozmowy z ponurym szowinistą. Wszystko dlatego, że zachciało mi się podróżować.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Do podróżowania bezcielesność nie była ci potrzebna. Ty chciałaś podglądać ludzi. Wnikać do ich mieszkań, do ich życia. Zresztą masz, czego chciałaś - czytam ci cudze pamiętniki.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;Wstał z podłogi i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z zimnym gotowanym kartoflem w jednej i kawałkiem kiełbasy w drugiej dłoni.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- O, obiadek - stwierdziła z przekąsem. - Też bym coś zjadła.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Jeszcze nie - oświadczył po krótkich oględzinach odcienia czarownicy. - Za jasno świecisz.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Karmisz mnie dopiero, jak jestem na skraju wyczerpania - powiedziała z wyrzutem.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Powtarzasz tę gadkę co dwa miesiące. I moja odpowiedź się nie zmieni. Nie zamierzam cię przekarmiać, bo zaczniesz chomikować energię, aż któregoś dnia uzbierasz dość, żeby się wyrwać i uciec.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Nigdzie nie zamierzam uciekać. Ja tu mieszkam!&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- W takim razie wyrwać się i urwać mi głowę.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Urwać owszem, głowę owszem, ale nie tę, o której myślisz, tylko tę, którą wszyscy myślicie - mruknęła.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- I kto tu jest ponurym szowinistą? - zapytał retorycznie i usiadł przy stole, by dokończyć posiłek.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;Siedzieli w milczeniu kilka minut, jak zwykle po sprzeczce o ilość energii, jaką przekazywał jej na podtrzymanie życia. Wzajemna nienawiść, jaką pałali do siebie od chwili, gdy uwięził ją w eterycznej formie, wypaliła się. Od dawna współtworzyli symbiotyczny związek, w którym ona wyceniała dla niego biżuterię w zamian za minimalne racje energii i lektury z cudzego życia. Dużo też rozmawiali - on dowiadywał się o zwyczajach czarownic, ona nie traciła kontaktu z aktualnościami. Przywykli do siebie. Polubili - choć żadne by tego nie przyznało.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- To chociaż jeszcze mi poczytaj - poprosiła wreszcie.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Nie ma więcej. To był ostatni wpis.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Szkoda - westchnęła. - Jednak wolę jak prowadzą pamiętniki, a nie dziennik w kalendarzu. Przynajmniej ilość tekstu nie jest uzależniona od pory roku.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Ja wolę kalendarz - odpowiedział Antoni z pełnymi ustami, wytarł palce o spodnie i podniósł dziennik. - Na końcu są kontakty - oświadczył, wertując strony.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;&lt;BR&gt;&lt;/DIV&gt;&lt;DIV style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;&lt;BR&gt;&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Proszę bardzo, herbatka dla pana nadkomisarza.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;Krzysztof Wiśniewski wyszedł z kuchni ze szklanką brunatnego płynu do połowy wypełnioną fusami. Zagrzechotały koraliki zwieszające się długimi sznurami we framudze drzwi. Paser postawił naczynie na stoliku przed rozpartym na kanapie policjantem. Sam przycupnął skromnie na krześle. Bielak upił łyk. Garbniki wykręciły mu usta, poczuł bombę stężonego cukru i teiny. Wzdrygnął się.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Toż to czaj! - wykrzyknął, ale z zadowoleniem.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;Był już trochę zmęczony - odwiedzał siódmego z kolei i coraz mniej obiecującego pasera. Oczywiście nikt nie widział biżuterii skradzionej z mieszkania Szablewskiej. Oczywiście wszyscy zapewniali, że niezwłocznie dadzą znać. I pewnie zaraz zapominali o sprawie. Westchnął, napił się znowu. Napój przywracał siły w stary, dobry sposób, nie to co energetyki w puszkach. Wiśniewski uśmiechnął się nieśmiało, widząc zadowolenie gościa. Starał się stworzyć domowe warunki nie tylko swoim klientom, ale i pozostałym interesariuszom z otoczenia biznesu, w tym policji. Zwłaszcza personie tak znacznej, poważnej i solidnej, jak nadkomisarz. Z głupotami nie przychodził, głowy nie zawracał, nie wyżywał się. Dawał żyć.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Co sprowadza pana nadkomisarza?&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Biżuteria. Duża porcja damskiej biżuterii. W większości staromodnej. Wypłynęło ostatnio coś takiego?&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;Paser westchnął, zaplótł palce i starał się dobrać właściwe słowa.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Panie nadkomisarzu - zaczął ostrożnie, - pan wie, bo ja to wszystkim powtarzam, że reprezentuję zawód zaufania społecznego. Jeżeli ja bym mówił, co wypływa, to ja bym krótko mówił i daj Boże, żeby tylko z powodu utraty klienteli.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;To było nowe. Żadnego "nie, nie widziałem, tak, zgłoszę na pewno". Przemyślana odpowiedź, za którą coś się kryło. Ale też Wiśniewski to była stara szkoła. Nie ryzykował łatwych kłamstw, nie wiedząc, co policjant może już wiedzieć.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Mnie nie interesują włamania - Bielak nachylił się, budując atmosferę rozmowy w zaufaniu. - Chodzi o fanty z mokrej roboty.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Do tego się nie dotykam - zapewnił paser.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Bardzo rozsądnie. Taki rozsądny człowiek na pewno zadzwoni, gdyby ktoś nierozsądny przyniósł takie rzeczy - policjant zawiesił głos.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;- Zadzwoni - potwierdził Wiśniewski, zastanawiając się, kiedy znów odwiedzi go wdowi żigolak.&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;&lt;BR&gt;&lt;/DIV&gt;&lt;br /&gt;&lt;DIV&gt;--&lt;/DIV&gt;&lt;DIV&gt;&lt;FONT class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;B&gt;&lt;FONT size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/FONT&gt;&lt;/B&gt;&lt;/FONT&gt;&lt;/DIV&gt;&lt;BR&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-4472133825964567484?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/4472133825964567484/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=4472133825964567484' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4472133825964567484'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4472133825964567484'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/08/shock-and-awe-cz-3.html' title='Shock and awe cz. 3'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-3050905967604451495</id><published>2009-08-03T05:41:00.001+02:00</published><updated>2009-08-03T05:41:10.995+02:00</updated><title type='text'>Shock and awe cz. 2</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;Karolina kręciła się, popijała drinka i była niespokojna. Wreszcie cicho spytała:&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A taka zablokowana czakra, to ona już nie działa?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zależy - Magog odchylił się na oparcie ławy, przeciągnął się, zostawiając ramiona wyciągnięte celem przyszłego przygarnięcia dziewczyny. - Czakrę można zablokować dobrze albo źle. Do pieczętowania ich używa się sigili, czyli właśnie pieczęci. To magiczne symbole, które można rysować albo odbijać tak jak prawdziwą pieczątkę. Najbardziej znanym sigilem jest pieczęć Salomona, czyli tarcza Dawida zwana też gwiazdą Dawida. Godło Izraela.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Znam, znam - powiedziała szybko. Wreszcie coś znała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Salomon nosił ją jako pierścień. Zapieczętował nim butelkę z siedemdziesięcioma dwoma demonami. Skutecznie. To bardzo mocny sigil. Rysowanie krzyżyków to przy nim pikuś. Zwłaszcza, gdy rysuje się je w złym miejscu. Katolicy podczas każdej mszy rysują sobie znak krzyża na czole, ustach i sercu, mówiąc w duchu "w myśli, w mowie, w sercu". Wmówiono im, że niby tam mają słowa Chrystusa.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Podczas gdy praktyka wskazuje, że mają je bliżej czakry podstawy - dopowiedział Hrumm.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Otóż tak naprawdę - kontynuował Magog - pieczętuje się w ten sposób czakrę trzeciego oka, gardła i serca. Ale czakrę gardła pieczętują błędnie - prawa ręka powędrowała za plecy dziewczyny, a lewa znów dotknęła szyi. - Nie na gardle, tylko na ustach.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Palcami musnął jej wargi, druga ręka lekko opadła na biodro.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To dlatego ludzie najwięcej gadają na Kościół, a niewiele z tym robią. Tu najsłabiej są zblokowani.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I można odblokować? Zetrzeć to jakoś? Odkręcić? Narysować od tyłu?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Najlepiej odblokować od środka. Widzisz - mówił jej prawie do ucha - czakry są węzłami przepływów energetycznych w ciele człowieka. Energię tę czasem przedstawia się jako węża Kundalini śpiącego między czakrą genitalną a czakrą podstawy. Stymulacja tych okolic sprawia, że energia unosi się i znosi wszelkie zatory jak wezbrana woda tamę. To dlatego geje są tacy kreatywni i wrażliwi. I dlatego Kościół opresyjnie podchodzi do kwestii seksualnych. Boi się tego wyzwolenia. A ty?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Któż nie chciałby wyzwolenia? Dla Karoliny przyszło ono jednak z zupełnie niespodziewanej strony. Do stolika zbliżyła się Jadwiga Anusz w dość swobodnym kostiumie. Sataniści błyskawicznie oderwali się od dziewczyny i wstali na powitanie. Chwyciła kolejno każdą z wyciągniętych dłoni i przyciągnęła ich do siebie, całując w policzki. Nigdy wcześniej tego nie robiła, ale miała w ten sposób gotową podstawę, by i siedzącą z nimi Karolinę tak pocałować. Przesunęła przy tym lekko głowę i pocałunek - choć formalnie skierowany na policzek - pozwolił im musnąć się kącikami ust.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;- Cześć, jestem Jaga - uścisnęła, a następnie przytrzymała dłoń dziewczyny.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Karolina.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Świetnie. Chłopcy pójdą po drinki - zadecydowała i obaj natychmiast skierowali się do baru - a my sobie porozmawiamy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Usiadła koło nastolatki, przyciskając swoje udo do jej. Nie puszczała podanej dłoni.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Znamy się?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Oczywiście! Choć na forum nie występuję jako Jaga. Musisz zgadnąć mój nick - szepnęła do ucha, właściwie przejmując pałeczkę od Magoga tam, gdzie skończył.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zanim dziewczyna zdążyła w myślach dopasować atrakcyjną trzydziestolatkę do anonimowych postaci pisujących na forum duchowości, gdzie poznała dwóch intrygujących satanistów, ci ostatni wrócili do stolika. Magog niósł dwa piwa dla panów, a Hrumm dwie szklanki z drinkami dla pań. Karolina spojrzała z niepokojem na mętny płyn i pływające w nim plastry zielonego ogórka.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- &lt;i&gt;Sweet dream&lt;/i&gt; - wyjaśniła Jaga. - Posmakuje ci.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ale ja, no, nie widziałyśmy ich. Oni mogli coś...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mądra dziewczynka! - pochwaliła czarownica - Ale przy takim podejściu nikt nigdy nie postawi ci drinka. A przecież nie musisz nosić go wszędzie ze sobą i gapić się na niego cały czas. Wystarczy tester. Spójrz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wyjęła z torebki szklaną pipetę, zdjęła osłonkę i zanurzyła w szklance dziewczyny. Ścisnęła gumową końcówkę i puściła ją zaraz, nabierając płyn do środka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Widzisz? - pokazała nieodbarwioną próbkę - Bezpieczne. Gdyby były tam jakieś środki, zabarwiłoby się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- O skubana - Hrumm nachylił się do ucha Magoga - wpuściła kropelki na jej oczach i jeszcze wmówiła, że to dla bezpieczeństwa.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Karolina zatopiła wreszcie usta w szklance.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dobre - stwierdziła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Atmosfera rozluźniła się. I zmieniła. Sataniści nagle stracili zainteresowanie dziewczyną i gapili się na kobietę. Starszą od nich kobietę. Ona jednak całą swoją uwagę poświęcała Karolinie, na nią patrzyła, z nią rozmawiała, komplementowała, śmiała się. I to było przyjemne. Czuła się wyróżniona, najważniejsza - choć najmłodsza. I trochę senna. Trochę nienadążająca za słowami brunetki. W końcu osunęła się na życzliwie podstawione ramię.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Pomóc ci? - zapytał Hrumm.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie, zmiatać stąd. Lepiej wygląda, jak nieprzytomną dziewczynę wyprowadza kobieta, a nie dwóch podejrzanych kolesi. Podprowadźcie samochód - rzuciła im kluczyki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kiedy zniknęli w alejce, przesunęła dłońmi wzdłuż kończyn Karoliny. Ta ze szmacianej lalki zmieniła się w marionetkę. Tak usztywnioną objęła wpół, przerzuciła jej rękę przez ramię i ruszyła do wyjścia z ogródka pubu wprost na park. Bezwładne długie nogi dziewczyny wykonywały małe, automatyczne kroczki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- &lt;i&gt;Sweet dreams&lt;/i&gt; - szepnęła jej do ucha Jaga.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-3050905967604451495?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/3050905967604451495/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=3050905967604451495' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/3050905967604451495'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/3050905967604451495'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/08/shock-and-awe-cz-2.html' title='Shock and awe cz. 2'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-4895227134491001278</id><published>2009-07-30T05:11:00.001+02:00</published><updated>2009-07-30T05:11:58.546+02:00</updated><title type='text'>Shock and awe cz. 1</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Przy drewnianym stole w ogródku pubu na Polach Mokotowskich siedziało dwóch studentów. Jeden cały w czerni, z długimi włosami, kozią bródką i pierścionkiem z czaszką wyglądał na modelowego satanistę. Czy raczej na karykaturę satanisty. Drugi był płoworudy, łykowaty i nakrapiany piegami jak indycze jajo, ale strojem się nie wyróżniał. Popijali piwo, obserwowali przechodzące dziewczęta, rozmawiali.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;- Shock and awe - zaczął rudawy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Oł?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Awe - poprawił. - Amerykańska doktryna wojenna. Ostatnio użyli jej w Iraku. Prowadzą intensywne bombardowania, ataki rakietowe i co się tylko da, żeby zdominować przeciwnika i wprawić go w stan osłupienia pomieszanego z podziwem. Można to tłumaczyć "wstrząs i respekt" albo "wstrząs i podziw". W zastosowaniach pokojowych raczej "wstrząs i podziw".&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Pokojowych?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak, znalazłem pokojowe zastosowanie dla tej doktryny. Świeżo poznaną dziewczynę bombardujesz mnóstwem ezoterycznych mądrości, aż jej szczęka opadnie i pomyśli "o matko, ile on wie, lepiej mu się nie sprzeciwiać, bo wyjdę na idiotkę". I robisz z nią, co chcesz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To znaczy, że dziś szykuje się poligon doświadczalny.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak jakby.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kolejna dziewczyna, na którą się zagapili szła od strony baru. Wyglądała na szarą myszkę, której nagle odbiły hormony i wypromowały ją do kategorii supermodelek. A ona to przegapiła. Włosy - naturalny ciemny blond - opadały nieupięte na ramiona, letnia sukienka pamiętała chyba czasy sprzed gwałtownego wzrostu, bo talię miała na wysokości żeber i niewiele zakrywała z niebotycznych nóg. Nie nosiła obcasów, ale i tak szła niezbyt pewnym krokiem. Wzrok miała wbity w butelkę z gotowym drinkiem dla panienek ze wspaniałomyślnie dorzuconą przez barmana słomką. Wmawiała sobie, że pilnuje drinka, żeby nikt jej czegoś nie dosypał, ale w gruncie rzeczy była po prostu stremowana i bała się patrzeć na ludzi, bo wtedy oni patrzyliby na nią i widzieli jej strach. Strach pomieszany z szaleńczą dumą - oto robiła &lt;i&gt;coś &lt;/i&gt;&lt;i&gt;bardzo złego&lt;/i&gt;. Prawie podeszła do stolika dwóch studentów i przystanęła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak, to my - odezwał się po krótkiej chwili ten ubrany na czarno. - Hrumm - przedstawił się, wyciągając rękę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Magog - powiedział drugi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Karolina - odpowiedziała, siadając na skraju ławy. Żałowała, że nie ma równie tajemniczego internetowego nicka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jednak udało ci się przyjść.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ledwo. Oficjalnie jestem w bibliotece - wskazała głową w kierunku gmachu Biblioteki Narodowej. - Teraz siostry nie puszczają nas prawie nigdzie. Matura. Na szczęście nie wiedzą, że korzystamy z Internetu w bibliotece, żeby liznąć trochę świata.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jasne - panowie pokiwali głowami - liznąć. Da się zrobić. Jak to jest: dojrzewać w katolickiej szkole z internatem prowadzonej przez zakonnice?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jak to jest: być satanistą? - odbiła pytanie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dobrze. Bardzo dobrze. Przyjemnie - mówili jeden przez drugiego. - Ale trudno to opisać, bo każdy satanista jest inny - Hrumm podjął się w końcu wytłumaczenia. - Nie ma jednego zbioru zasad, któremu bylibyśmy podporządkowani i o którego wpływie na życie można by było opowiadać. W przeciwieństwie do twojej szkoły, jak sądzę. Macie mundurki, regulamin i tak dalej. Prawda?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ale pod mundurkiem też potrafimy być indywidualistkami. Mnie i koleżankę to w ogóle diablicami wcielonymi nazywają. Kiedyś narysowałyśmy pentagram na ławce. To dopiero się działo! Trafiłyśmy do matki dyrektorki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- O, to ojciec dyrektor ma swój żeński odpowiednik? - ucieszył się Hrumm.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Czubkiem do góry, czy w dół? - zapytał milczący z początku Magog.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Pentagram. Narysowałyście czubkiem do góry, czy w dół?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Normalnie, taką gwiazdę - namazała ją palcem na stole. - Czubkiem do góry.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A - stwierdził Magog. - W takim razie siostry powinny was nazwać czarownicami a nie diablicami.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dlaczego?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Satanistyczny pentagram skierowany jest do dołu, przez co wskazuje, że żyjemy na ziemi, tej ziemi. Tu i teraz. Nie należy zaprzątać sobie głowy mrzonkami o życiu wiecznym, tylko zająć się tym doczesnym. Bo tylko ono jest naprawdę. Pentagramu zwróconego ku górze używają czarownice, osobliwie Gardnerowskie wiccanki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Rozumiem - dziewczyna bała się zapytać, czym są "Gardnerowskie wiccanki". - A potem wysłali nas na rekolekcje. Wyjazdowe, przy klasztorze. Biegałyśmy po takim wielkim trawniku i kazali nam rysować sobie wzajemnie znak krzyża na czole. Cała klasa tak biegała. Ja z koleżanką udawałyśmy, że to sabat.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Blokowali wam czakrę - sataniści pokiwali głowami, a miny mieli smutne i zrezygnowane. - Pranie mózgu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jak to: blokowali czakrę? - przestraszyła się Karolina.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Widzisz - Magog przesiadł się na drugą stronę stołu i usiadł tuż przy dziewczynie - człowiek ma w ciele siedem czakr. Czakra korony - położył jej dłoń płasko na czubku głowy na miękkich, puszystych włosach - odpowiada za nasze zdolności nadprzyrodzone. To wyjście na świat duchowy. Jest najwyższa i najważniejsza. Na czole, między oczami - zsunął rękę i palcami dotknął opisywanego miejsca - masz czakrę trzeciego oka. Odpowiada za intuicję i odczuwanie pozazmysłowe. To właśnie ją blokowano wam na rekolekcjach. Dalej jest czakra gardła - ujął ją za szyję, kciukiem przesunął wzdłuż żuchwy. Dziewczyna drżała pod dotknięciem pierwszego mężczyzny - przez nią wyrażasz siebie, przede wszystkim poprzez mowę. Zauważ, że wiele czarownic nosi w tym miejscu jakiś amulet. Chronią ją, bo jest bardzo ważna przy czarowaniu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Hrumm patrzył z podziwem na postępy kolegi. Karolina przymknęła oczy i oddychała głęboko. Magog postanowił pójść krok dalej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Czakra serca jest oczywiście na wysokości serca - położył jej dłoń tuż pod piersią, muskając jej dolną krawędź. - W niej miłość i inne życzliwe uczucia. Niżej czakra słoneczna - zjechał aż do pępka. - Ambicja, chęć zysku, kariera. Jak widzisz, jest pomiędzy sercem a czakrą genitalną.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Tu dziewczyna zatrzymała jego rękę i odsunęła się odrobinę. Tylko odrobinę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tam oczywiście namiętność, ale też kreatywność - ciągnął niewzruszony Magog. - Na samym końcu tuż przy pupci masz czakrę podstawy. W niej siedzą nasze instynkty.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- W kabale czakrom odpowiadają w pewien sposób sefiroty - Hrumm postanowił także popracować nad ezoteryczną świadomością młodej ofiary. - Jest ich dziesięć, ale część jest specyficzna dla płci, więc na jednostkę także przypada siedem. Połączenia między nimi – kanały energetyczne – obrazują Wielkie Arkana w tarocie. To dlatego tarot jako jedna z nielicznych wróżb karcianych ma sens.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Sens ma przede wszystkim kładziony samodzielnie i analizowany - piegowaty satanista nie oddawał pola. - Nie mówimy tu o szybkiej sesji u wróżki, która w ogóle cię nie zna.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-4895227134491001278?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/4895227134491001278/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=4895227134491001278' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4895227134491001278'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4895227134491001278'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/07/shock-and-awe-cz-1.html' title='Shock and awe cz. 1'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-7537984345870952450</id><published>2009-07-27T05:30:00.001+02:00</published><updated>2009-07-27T05:30:25.667+02:00</updated><title type='text'>Casus belli cz. 3</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Ksiądz Jakub Sadyba, młody asystent Pawła Kowalczuka, ostrożnie zapukał do drzwi jego gabinetu w siedzibie kurii warszawsko-praskiej. Poproszony do środka wszedł i przestraszonym głosem powiedział:&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Biskup Morawski księdza wzywa. Jest bardzo poirytowany.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Kowalczuk użyłby innego słowa. Kuba to jednak były ciepłe kluchy. Chociaż miał chłopak potencjał. Może trochę za dużo myślał, ale póki był na etapie przyswajania wiedzy, to pomagało.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Odwiedzę go zatem - musiał pokazać swoją pozycję, przekonać młodego, że to on podejmuje decyzje - i uspokoję. Idź do siebie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Powoli odłożył czytaną książkę. Zanotował coś w kalendarzu i schował go do szuflady biurka. Wreszcie wyszedł. Idąc korytarzem, żałował, że nie wybrał się do biskupa wcześniej. Miał już przygotowaną informację o nieudanej akcji, miał wszystkie powody i wyjaśnienia. Teraz nie będzie mógł przedstawić ich po swojemu, będzie musiał odpowiedzieć na zarzuty. Niewygodne. Bez pukania wszedł do gabinetu biskupa Morawskiego. Tamten siedział w fotelu przy oknie z widokiem na kościół świętego Michała Archanioła i świętego Floriana. Nie wstał, nie odwrócił się, nie podniósł głosu. Po prostu zaczął mówić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dzwonił do mnie biskup z Poznania. Nie pomocniczy, ale metropolita. I pytał, co się stało z jego ludźmi. A ja nie wiedziałem. To było nieprzyjemne. A potem się dowiedziałem, nie od ciebie, niestety. Dowiedziałem się, co się stało z pielgrzymami. I dowiedziałem się, co się stało z czarownicą. To już nie było nieprzyjemne. To było... zresztą mniejsza o moje odczucia. To było nieodpowiedzialne, głupie i zbrodnicze. To uderzyło w plan.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ekscelencjo, gdybym znał plan, moje działania lepiej mogłyby mu służyć - ostrożnie szedł po gęstym dywanie, żeby znaleźć się na linii wzroku przełożonego.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Miałeś mnie informować o wszelkich planowanych działaniach. Gdybyś to robił, twoje powstrzymanie się od działania posłużyłoby planowi jeszcze lepiej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Odpowiadam za działania operacyjne. One wymagają dyskrecji i szybkich działań. Nie zawsze mogę...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Działania operacyjne to tylko część tego, co robimy - przerwał mu biskup. - A całość wymaga koordynacji. Nie możesz atakować na oślep jak wściekły pies.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Przyznaję, wysłałem tam pielgrzymów bez wiedzy i zgody ekscelencji. Ale to nie oni ją zabili. Zrobił to, nawiązując do słów ekscelencji, wściekły pies, który zerwał nam się z łańcucha osiem lat temu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Skąd wiesz?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Została zapieczętowana pieczęcią Salomona. I to nie tradycyjną, której używają Żydzi. On ma jakąś inną, własną wersję. Zresztą trudno powiedzieć, policyjny kapelan, który dotarł na miejsce niespecjalnie się na tym zna. Jeżeli śmierć tej czarownicy mogła zaszkodzić planowi ekscelencji, to proponuję zintensyfikować działania, bo któregoś dnia to nie moi ludzie uderzą w niewłaściwe miejsce tylko on. Przecież nie wybrał się tam dlatego, że wysłałem pielgrzymów. Ta czarownica i tak by zginęła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Biskup zamyślił się, a Kowalczuk podszedł o kilka kolejnych kroków. Zastanawiał się, czy mówić coś jeszcze, czy dać staremu przetrawić dotychczasowe informacje. Odzyskiwał pole i nie chciał teraz niepotrzebnym słowem znów wtrącić się w niełaskę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Może rzeczywiście zwlekałem zbyt długo - powiedział w końcu Morawski. - I może ta śmierć nie tyle zaszkodzi nam, co pomoże. Postaram się, żeby &lt;i&gt;brachio saeculorum&lt;/i&gt; poskromiło nieco naszego pieska.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ekscelencja ma na myśli policję?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak. Muszą go spowolnić, ale nie zamknąć. A ty zmobilizuj swoje siły. Szykuje się wojna. Otwarta, nie podjazdowa.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;* * *&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wściekły pies Antoni Padewski siedział w swoim mieszkaniu i przeglądał fanty. Właściwie nie było to jego mieszkanie. Przebywał w nim, bo opiekował się właścicielką - zapomnianą przez Boga i ludzi staruszką. Znalazł ją w drugim roku swojego wygnania, po tym jak stracił wiarę i opuścił łono Kościoła. Była wtedy zwariowaną czarownicą, która zerwała wszelkie więzi towarzyskie z koleżankami po fachu i zaszyła się na swoim poddaszu. Szukała sposobu na bezcielesność. Antoni przyłapał ją podczas jednego z obiecujących eksperymentów i pozbawił mocy niezbędnej do odzyskania ziemskiego kształtu. Teraz tkwiła w formie eterycznej przywiązana do kryształowej popielniczki, której podczas eksperymentów używała do zakotwiczenia się w rzeczywistości. Służyła mu jako efektowna ozdoba, bo jarzyła się delikatnym, błękitnym światłem. I jako bratnia dusza - do pogadania. Wyceniała też biżuterię. Jak każda czarownica była łasa na błyskotki i doskonale znała ich wartość.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A ten? - zapytał, podnosząc wiszący na złotym łańcuszku kamień.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Topaz. Ładny, ale nie za duży. Sześć do ośmiu tysięcy. Pokaż bliżej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Przysunął wisiorek do półprzezroczystej zjawy unoszącej się ponad położoną na podłodze popielniczką. Wychylała się na boki, żeby lepiej obejrzeć klejnot. Przez tych kilka lat bez ciała zdążyła pozbyć się odruchu brania wszystkiego do rąk.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie, ma ryskę - westchnęła. - Pięć najwyżej. Dawaj następne.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-7537984345870952450?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/7537984345870952450/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=7537984345870952450' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/7537984345870952450'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/7537984345870952450'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/07/casus-belli-cz-3.html' title='Casus belli cz. 3'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-415497621067719865</id><published>2009-07-23T05:43:00.001+02:00</published><updated>2009-07-28T09:30:24.618+02:00</updated><title type='text'>Casus belli cz. 2</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nadinspektor Jarosław Bielak nigdy nie fatygował się osobiście na miejsca zbrodni z mniej niż trzema trupami. Chyba że było tam coś wyjątkowego - zabójstwa rytualne, krwawe jatki, zboczenia. Zgłoszenie z trzema trupami i usiłowaniem gwałtu na staruszce siłą rzeczy wyciągnęło go zza biurka, bo spełniało dwa warunki. Zaparkował swoją vectrę przy furgonetce techników, powierzył ją zabezpieczającemu miejsce patrolowi. W tej okolicy nawet policyjny samochód mógł przy chwili nieuwagi zostać bez kół, wycieraczek, lusterek i innych ruchomości. Przeszedł przez podwórko odprowadzany spojrzeniami wystających z okien emerytów. Przynajmniej świadków będzie dosyć. Niekoniecznie chętnych do zeznawania pod nazwiskiem, ale jakąś wiedzę operacyjną zawsze da się z nich wycisnąć. Drewniane schody, zapach moczu i ściany, których lepiej nie dotykać, doprowadziły go na piętro. Przez otwarte drzwi widział ekipę kręcącą się w mieszkaniu. Na znak posterunkowego pilnującego klatki ze środka wyszedł młody aspirant w lateksowych rękawiczkach.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Aspirant Tomasz Marczak - przedstawił się, salutując.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Znam cię. Co tu się wydarzyło? - zapytał, stając na progu i rozglądając się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;- Włamanie. Usiłowanie gwałtu. Trzy trupy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Sporo tego.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak. Ofierze udało się udusić rudego, zgruchotała mu krtań, pewnie nie spodziewał się oporu. Potem dostała kopa od bruneta - młody policjant wskazał rozległy siniec na policzku ciała leżącego w kuchni. - Dobrał się do niej, ale zamoczyć nie zdążył. Sięgnęła po łyżkę do butów i walnęła go w szyję. Trafiła tętnicę. Ale to nic pewnego. Taka moja rekonstrukcja.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A co z nią?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie ma widocznych obrażeń, które mogły spowodować śmierć. Pewnie serce nie wytrzymało.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Znaleźliście coś jeszcze?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Niewiele. Dostali się do środka, wyrywając łańcuch w drzwiach. Kobieta to Hanna Szablewska, prowadziła poradnię psychologiczną. Chłopcy przeglądają papiery, żeby ustalić, czy miała uprawnienia. Mężczyźni są bez dokumentów. Mają przy sobie tylko trochę drobnych. Ze śladów znaleźliśmy to - policjant wskazał leżący wciąż w korytarzu pojemnik świętego oleju.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Co to?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Lubrykant. Rudy ma ślady tego na palcach, a denatka na ustach.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Weź, bo się zrzygam. Mam nadzieję, że zamierzali wyjąć sztuczną szczękę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zlustrował zasuszone ciało denatki i spróbował wyobrazić je sobie w seksualnym kontekście. Bez skutku.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Twardziele. Nie każdy przyjmie taką robotę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Sądzi pan, że to gwałt na zlecenie?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie, kurwa, prowokacyjnie się ubierała. Coś cennego?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jakieś medaliki, jakieś landszafciki, żaden Matejko. Ale wie pan, jak to jest ze starszymi ludźmi. Mogła mieć papiery, o których nigdy się nie dowiemy. Bezcenne. Stare książki. Książek ma dużo.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Bielak nadal stał na progu, żeby nie zadeptać śladów. Protokół zwykle mu wystarczał, ale chciał też poczuć atmosferę miejsca.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dwa kubki - zauważył, wskazując tacę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak, panie nadkomisarzu. Z ziółkami. Pobraliśmy próbkę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Spodziewała się gościa. I to nie tych dwóch, bo wtedy naszykowałaby dla trzech osób.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Sprawca?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Sprawca, świadek, druga ofiara, której udało się uciec. Albo wszystkiego po trochu. Poszukajcie kalendarza, może miała zapisaną wizytę. Sąsiadów przesłuchaliście?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- My tylko ślady.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Z żywymi nie rozmawiasz, co? Wezwij moich ludzi przez radio, a ja zajrzę do sąsiadki.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Odwrócił się i podszedł do drzwi naprzeciwko. Nie pukał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Pani otworzy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Mignęło światło w wizjerze, zazgrzytała zasuwa. W środku stała trzęsąca się osiemdziesięciolatka w odświętnym ubraniu. Nadkomisarz poprowadził ją w głąb jej własnego mieszkania, posadził na kanapie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Straszne... - wyszeptała.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Straszne - zgodził się z nią. - Widziała to pani? Przez wizjer?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie, oglądałam telewizję.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Niczego pani nie słyszała? Musieli się tam nieźle szamotać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ja już niewiele słyszę. Telewizor głośno grał. Co z nią?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie żyje. Dobrze ją pani znała?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dobrze. Myśmy się tu razem sprowadziły. To znaczy nie razem, bo ja z moim mężem, pułkownikiem Zbirskim, a ona sama. Tylko w tym samym roku, w 1968, jak nam kwaterunkowe lokale dali. Ona nawet większe miała od naszego, bo była wysoko w partii. Dyrektorka, Herbapolem wcześniej kierowała. Trzymałyśmy się razem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Czy miała jakichś wrogów?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wrogów to nie. Różnie ludzie o niej gadali, że czarownica, że taka owaka. Prawda, że do kościoła nie chodziła, ale to dlatego, że partyjna. Ja też dopiero jak mnie pułkownik odumarł zaczęłam chodzić. Ona jakieś swoje sprawy miała, te klientki na wróżby, tak mówili, czy na terapię jak ona mówiła. Trochę się nasze drogi rozeszły. Ale na spacery ciągle chodziłyśmy razem. Ona wcale się nie starzała i zawsze taka elegancka była, w biżuterii. Czułam się przy niej jak myszka, choć biedy nie klepię.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jakiej biżuterii? - zaciekawił się.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- O, pięknej. Dużo różnej. Tak dokładnie nie opiszę, ale było na czym oko zawiesić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dziękuję za pomoc - skierował się ku drzwiom. Czekała go wycieczka po paserach. A na Pradze to długa wycieczka.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-415497621067719865?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/415497621067719865/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=415497621067719865' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/415497621067719865'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/415497621067719865'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/07/casus-belli-cz-2.html' title='Casus belli cz. 2'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-4896998381008296741</id><published>2009-07-20T05:29:00.001+02:00</published><updated>2009-07-20T17:26:47.172+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sezon 1'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Jędza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Czarownica'/><title type='text'>Casus belli cz. 1</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Szerokim, sterylnym, jasno oświetlonym korytarzem ośrodka spa szły dwie kobiety. W klapkach, owinięte w puszyste ręczniki kąpielowe, bez makijażu. Wilgotne jeszcze włosy miały gładko zaczesane do tyłu. Samo naturalne piękno. Brunetka była bardziej energiczna, krok miała sprężysty i wyraźnie nadawała tempo i kierunek marszu. Zdecydowanie lepiej i pewniej się tu czuła. Szatynka wyglądała na zmęczoną i z pewnością bardziej potrzebowała spa. Przed drzwiami jednego z gabinetów zatrzymały się i brunetka chwyciła za klamkę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Anka, wchodź - zaprosiła koleżankę do środka.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dzień dobry - powiedziała młodziutka kosmetyczka w białym fartuchu z różową lamówką. - Panie na jaki zabieg?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- &lt;i&gt;Peine forte et dure&lt;/i&gt; - powiedziała brunetka z pięknym francuskim akcentem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Słucham?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Masaż relaksujący gorącymi kamieniami.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Oczywiście, pani Jago - powiedziała dziewczyna i wyszła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- &lt;i&gt;Peine forte et dure&lt;/i&gt; - powtórzyła Anna. - Obłożą nas kamieniami?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- I to rozgrzanymi - Jadwiga odwinęła się z ręcznika i bezwstydnie wyciągnęła się na jednym ze stołów zabiegowych.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dla wyciągnięcia zeznań? - Anna zajęła drugi stół. Zachowała ręcznik.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie. Dla przyjemności. I to my będziemy musiały za to zapłacić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Za proces o czary też musiałybyśmy słono zapłacić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zapewne. Cóż ja mogę o tym wiedzieć. Znasz tę torturę? No wiesz, z autopsji?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Aż taka stara nie jestem. Znam ją tylko z książek.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ja jestem młodsza. Znam ją z Internetu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wróciła kosmetyczka z drugą, identycznie ubraną, do pomocy i zaczęły układać kamienie na plecach kobiet. Uczucie ciężkości i ciepło przyjemnie promieniowały od każdego z krągłych, ciemnych kamyków. Różne zabiegi kosmetyczne można nazwać torturą, ale tego zdecydowanie nie - mimo podobieństwa do archaicznych technik interrogacyjnych.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dlaczego mnie tu zaprosiłaś?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Żebyś wypiękniała do sabatu, Aniu. Nie możesz się tak pokazać.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie zamierzam się tam pokazywać. Jeśli miało to być zawoalowane zaproszenie na waszą imprezę, to nic z tego. Bawcie się same.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mimo tego, co zaszło? Słyszałaś o ciotce Hance?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zapieczętowana. Skutecznie. Nadal nigdzie się nie wybieram.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Spodziewałaś się, że ktoś ją dopadnie? Miała moc, ale się nie wychylała. Wydawałoby się, że to najbezpieczniejsza kombinacja. Skoro doszli do niej, dojdą do każdej. Musimy się zjednoczyć. Ciotka Helena też jest tego zdania.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zawróciła ci w głowie tym zjednoczeniem. Jesteś teraz jej uczennicą, co?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Stwierdziłam, że od ciebie już się więcej nie nauczę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;div&gt;- To prawda. Nie będę cię więcej uczyć. Ale Helena nie ma w tej akurat sprawie właściwego dystansu. To siostra Hanki. Rodzona. Rozdzieliła je wojna, poróżnił stosunek do ludowej rzeczywistości, ale to jednak siostra. Nie wiedziałaś?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wiedziałam - Jaga pogardliwie wydęła wargi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jasne. Ale opowiem ci i tak, bo jest w tym morał. Hanna zachłysnęła się socjalizmem. Zakładała Herbapol, chciała magicznego odpowiednika elektryfikacji. Dobrze jej szło, zawsze miałam dla niej wiele szacunku. Ale partia przeżuła ją i wypluła. Okazała się równie patriarchalna, co burżuazyjne społeczeństwo II RP. Wtedy wycofała się, założyła poradnię, działała w kontakcie bezpośrednim, jeden na jeden. Bez struktur. Tworzenie struktur na jej śmierci śmierdzi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jeden na jeden. Terapia. Babskie gadki. Wszystko pięknie, ale nie zabili jej jeden na jeden. Przyszło do niej dwóch.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dwóch zostało. Przyszło co najmniej trzech. A raczej dokładnie trzech, bo gdyby było ich więcej zabraliby ciała swoich.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tym bardziej musimy się zjednoczyć, żeby mieć szanse. Kowalczuk stracił ludzi i nie odpuści. Samotne wyłuska bez trudu. To wojna. Pora wybrać stronę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jeżeli to wojna, to moja strona jest już wybrana. Na razie wolę jednak nie wybierać wojny.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-4896998381008296741?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/4896998381008296741/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=4896998381008296741' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4896998381008296741'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4896998381008296741'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/07/casus-belli-cz-1.html' title='Casus belli cz. 1'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-192368993049116098</id><published>2009-07-16T05:38:00.001+02:00</published><updated>2009-07-29T06:20:07.428+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Łowca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Herbaciana'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sezon 1'/><title type='text'>Herbaciana czarownica cz. 4</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Podwórko-studnia na warszawskiej Pradze tętniło życiem. Co prawda mikroskopijny placyk wokół drzewa i kapliczki z odświętnie ubraną figurą Matki Boskiej świeciły pustkami, ale ponad nim z kilkunastu okien wyglądały starsze panie i nieliczni starsi panowie. Wyłożone na parapet koce i poduszki podpierały łokcie, powietrze - z braku wiatru - swojsko pachniało kombinacją wszystkich przygotowywanych w tej kamienicy obiadów na raz. Ludzie uśmiechali się do siebie, nic nie mówiąc, bo wszystko zostało już przez tych kilkadziesiąt wspólnie przeżytych lat powiedziane.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Tuż przed wpół do piątej twarze zaczęły znikać w głębi mieszkań. Zbliżała się pora serialu i widzowie przenosili się na kanapy. Hanna Szablewska także odwróciła się od okna. Nie do telewizora jednak, a do czajnika, którego gwizd informował o zagotowanej wodzie. Z metalowych puszek nasypała dwie porcje ziół do ustawionych na tacy kubków, zalała je i przykryła spodeczkami. Odstawiła napar do naciągnięcia.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Poprawiła włosy i kołnierzyk w lustrze, spojrzała z wyczekiwaniem na wysokie drzwi. Jak na zawołanie odezwał się dzwonek. Założyła łańcuch, odsunęła zasuwę i nacisnęła klamkę. Kopnięte z zewnątrz drzwi wyrwały łańcuch z drewnianej framugi i posłały kobietę na podłogę daleko w holu. Przez próg skoczył na nią krągły, rudy mężczyzna.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Ksiądz Roman usiadł na starszej pani okrakiem i uderzył dwukrotnie tyłem jej głowy o deski podłogi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wejdź i zamknij drzwi! - krzyknął do Michała stojącego niepewnie w progu - Szybko!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Tamten wykonał posłusznie polecenia i znów stanął w miejscu zszokowany sceną.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Złap ją za ręce i trzymaj! Trzymaj mocno!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Ponownie posłuchał, klękając za jej głową. Bransoletki przeszkadzały mu chwycić za nadgarstki, dobry punkt znalazł dopiero w połowie przedramion. Pod bluzką i pomarszczoną skórą prawie nie czuł mięśni. Nie wyrywała się. Miał trzymać mocno, ale co tu trzymać?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Starszy z księży wyciągnął z kieszeni marynarki małe metalowe pudełeczko ze świętym olejem i zanurzył w nim kciuk.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- W myśli, w mowie, w sercu - powiedział, czyniąc znak krzyża na czole, ustach i piersi leżącej. - W myśli, w mowie, w sercu - powtarzał słowa liturgii, pozbawiając ją magicznej mocy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Zamknęła oczy i spróbowała odciąć się od tego, co działo się z jej ciałem. Wyciszyć. Przypomniała sobie wczorajszy spacer z Lidką z naprzeciwka. Rozmowy, plany na następny dzień. Wszystko było wyblakłe, pozbawione emocji - skutek działań przy sercu. Ale złapała kontakt. Skupiła się na wąskiej nitce świadomości łączącej ją z sąsiadką i wywołała bezpośredni obraz z jej głowy. Konserwatywnie urządzone mieszkanie. Ojciec wybacza zbuntowanemu, ale w gruncie rzeczy dobremu synowi. W drugim pokoju matka, której dobroduszne machinacje doprowadziły do pojednania, uśmiecha się do siebie. Czarownica poczuła jak przez czubek głowy wpływa w nią szeroka fala energii, roznosi zaczątki tamy przy czole, wypełnia ciało.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nagle chwyciła księdza Michała za nadgarstki i gwałtownie szarpnęła. Zaskoczony runął głową naprzód na Romana, zrzucając go z bioder leżącej. Hanna poderwała się, chwyciła za długą, metalową łyżkę do butów. W jej głowie pogodzona rodzina siadała do wspólnego obiadu. Biorąc szeroki zamach, uderzyła podnoszącego się z kolan okularnika w bok szyi. Porażona tętnica przestała dostarczać krew do mózgu. Młody ksiądz zwiotczał nagle i osunął się na podłogę. Starszy wstawał już, więc wskoczyła na niego. Obraz w głowie nagle rozsypał się, energia ponownie osłabła. Ostatkiem sił zaplotła ręce na krtani księdza Romana i cisnęła, aż ustało charczenie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Jeszcze chwilę klęczała tak, opierając się na jego szyi. Złapała oddech, odgarnęła siwe włosy z twarzy. Ledwo zdążyła.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wreszcie rozejrzała się, usiłując wstać. I wtedy w jednej chwili cały kadr wypełnił jej czarny męski półbut, potężnym kopniakiem zrzucając ją z martwego ciała. Dłoń w czarnej rękawiczce pociągnęła ją za włosy do kuchni.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zmęczyłaś się? - Antoni Padewski stał w progu, patrząc na nią z góry. - Wkrótce odpoczniesz. I innym pozwolisz od siebie odpocząć.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A co? Spalisz mnie? - spojrzała na niego hardo, a przy okazji obok, na zegar. Potrzebowała około trzech minut.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie. Od palenia są ci dwaj - wskazał głową na trupy. - Byli - poprawił się. - Ja tylko nie pozwolę ci więcej szkodzić.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Szkodzić? Udzielam porad. Każdy sam rozważy je i zastosuje, albo nie. Wolna wola.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Czyżby? - podniósł spodeczek z jednego z kubków i powąchał - Nie, ten dla ciebie. Powąchał drugi - O, ten. Te ziółka to dla wzmocnienia przekazu? Klientki bezkrytycznie przyjmują i wykonują to, co mówisz. Cokolwiek mówisz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Dwie minuty - pomyślała. Niech gada. Daj mu coś do gadania.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Równoważę szanse. Czym jest jeden kubek ziółek wobec całego życia patriarchalnej propagandy i wychowania? A przez tyle muszę się przebić, żeby pomóc. Często mając na to tylko jedną sesję.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A wyobrażasz sobie życie bez wychowania? Żyjemy w społeczeństwie. I korzystniej jest żyć tak jak to społeczeństwo. Dlatego uczymy się norm. Dlatego ich przestrzegamy. To się sprawdza.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tym kobietom się nie sprawdzało. Dlatego przychodziły do mnie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Patrzysz na to przez pryzmat nieprzystosowanej jednostki. A człowiek nie jest jednostką. Jest istotą społeczną. Zamiast pomóc im zintegrować się z resztą, ty tylko powiększałaś ich nieprzystosowanie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Spojrzała na zegar. Jeszcze minuta. Najwyżej minuta.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A ty? Ty jesteś przystosowany? Przestrzegasz norm? Właśnie kopnąłeś staruszkę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Grasz na zwłokę. Wydaje ci się, że ta nagła utrata mocy przed chwilą, to była przerwa reklamowa. Ludzie rozeszli się robić herbatkę, ale zaraz wrócą. Zaczną oglądać swój serial, przeżywać zadane uczucia, zsynchronizują myśli. A ty podłączysz się do nich przez jakąś przyjaciółkę i mnie załatwisz. Zdziwiona? Tak, wiem skąd bierzecie jednolitą moc w pozornie zatomizowanym mieście.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Przymknęła oczy i znów spróbowała nawiązać kontakt. Nic. Co jeszcze może mu powiedzieć?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wiesz co? To nie była przerwa reklamowa. Jakiś chuligan przeciął kabel - odchylił połę marynarki, pokazując wystające z wewnętrznej kieszeni szczypce. - Co poradzisz, to zła dzielnica.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Potem szybko uklęknął, przyciskając jej pierś kolanem do podłogi. Szarpnął głowę za włosy ku sobie, na jej czubku szybkimi ruchami narysował skomplikowany symbol. Czarownicę ogarnął niesprecyzowany niepokój. Środkiem dłoni starł z czoła święty olej i narysował tam kolejny symbol. Pusta wypełniła jej myśli. Puścił włosy, pozwolił głowie opaść na kafelki. Następny symbol narysował na gardle. Potem rozdarł jej bluzkę i kolejno opatrzył gestami na wysokości mostka i tuż nad pępkiem. Popatrzył na nią. Leżała nieprzytomna, z zamkniętymi oczami. Drżała. Spieniona ślina zbierała się w kącikach jej ust. Ręce latały przy bokach jak w padaczce. Siadł na niej okrakiem przodem w kierunku nóg, podciągnął spódnicę. Zdarł staromodne wzmacniane reformy nadające ludzki kształt starczemu ciału. Już dawno przestało go to brzydzić. Ostatnie dwa symbole narysował na wzgórku łonowym i niżej, tuż przed odbytem.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Siedem pieczęci - powiedział do siebie, wstając. - Zamknięta na siedem spustów.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Czarownica dygotała już coraz słabiej. Pobladła, na twarz wystąpiły jej plamy. Szarpnięciami klatki piersiowej walczyła o ostatnie oddechy, ale jakby bez przekonania. Siła, która utrzymywała jej narządy w formie o pół wieku ponad ludzką miarę, bezpowrotnie uszła. Antoni Padewski schylił się, ściągnął jej z palca wielki pierścień i poszedł przeszukać mieszkanie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-192368993049116098?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/192368993049116098/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=192368993049116098' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/192368993049116098'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/192368993049116098'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/07/herbaciana-czarownica-cz-4.html' title='Herbaciana czarownica cz. 4'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-4377058180716707846</id><published>2009-07-13T05:36:00.001+02:00</published><updated>2009-07-13T14:46:51.311+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sezon 1'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Inkwizytor'/><title type='text'>Herbaciana czarownica cz. 3</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Paweł Kowalczuk stał przy barierce u szczytu schodów ruchomych i obserwował pasażerów na peronie. Był po pięćdziesiątce, ale prawie całkowicie siwe już włosy postarzały go. Ubrany w ciemnoszary garnitur, pod krawatem i w szkłach z grubymi oprawkami był całkowicie nierozpoznawalny dla ludzi, którzy znali go w sutannie i drucianych okularach. Choć nie tyle garnitur go maskował tego dnia, ile sutanna przez całe życie. Uniform - jaki by nie był - klasyfikuje człowieka w oczach bliźnich tak, że później nie rozpoznają go po cywilu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wypatrywał dwóch mężczyzn przyjeżdżających z Poznania. Nigdy wcześniej ich nie widział, ale nie miał wątpliwości, że ich rozpozna. Podobnie jak on mieli ciemne garnitury. Podobnie jak on lepiej czuli się w sutannach. Jeden był rudy, zażywny, rumianolicy. Drugi - szczupły, przygarbiony brunet - mimo młodego wieku łysiał przedwcześnie głębokimi zakolami. Księża Roman i Michał - pielgrzymi. Bez bagażu, bez sutanny, bez dokumentów. Torując sobie drogę przez tłum z walizkami, torbami i plecakami, zauważyli skupiony na sobie wzrok Kowalczuka. Było w nim coś, co sprawiło, że poznali go od razu. Ruszyli w stronę ruchomych schodów. Zanim dojechali na górę, on odwrócił się i spokojnym krokiem zmierzał w stronę niewielkiej, sieciowej kawiarni. Oświetlona jaśniej od pozostałych lokali, sterylnie czysta odstraszała dworcowych bywalców. Tam go dogonili.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Witam - powiedział szybko, żeby któremuś nie zdążyła się wyrwać inna formułka powitania. - Kawy?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Już z papierowymi kubkami w dłoniach obsiedli stolik w rogu, z dala od zapatrzonych w laptopy biznesmenów w podróży. Wysepka ciszy i cywilizacji w rozpędzonej i chaotycznej rzeczywistości dworca.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jak podróż?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Udana - ksiądz Roman jako starszy i bardziej doświadczony z przyjezdnych czuł się swobodniej. - Odpoczęliśmy i nabraliśmy sił.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ty też? - Kowalczuk zwrócił się do bruneta.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak. Też. Dobrze - powiedział tamten szybko.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Właśnie widzę. Uspokój i skup się. To twój pierwszy raz?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie szkodzi. Roman nie da ci zginąć. Boisz się?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie, tylko… - duchowny potarł zakola, poprawił okulary. - Jak byłem w seminarium, najbardziej uderzył mnie wykład o opętaniu i egzorcyzmach. To były dla mnie bajki, jakaś zamierzchła historia może. I nagle okazuje się, że to się dzieje tu i teraz. Że są księża, dla których bezpośrednia walka z demonem to jest chleb powszedni. Jeden z kleryków zapytał wtedy, czy na czarownice też się jeszcze poluje. Ksiądz profesor obruszył się, nie odpowiedział. Myślałem wtedy, że to niestosowny żart, a dziś sam jadę do czarownicy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Dlaczego żart? Dlaczego opętanie tak, a czarownica nie?&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Opętanie w pierwszej chwili szokuje, bo to coś jak z kiepskiego filmu. Ale jak się dobrze zastanowić, to i Chrystus wypędzał z ludzi demony. Konkretny, biblijny zapis.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- A czarownica nie? - powtórzył najstarszy z księży. - Wiele ksiąg starotestamentowych potępia czary, a Księga Wyjścia rzecz całą ujmuje krótko i treściwie: „&lt;i&gt;Nie pozwolisz żyć czarownicy&lt;/i&gt;”. To też jest konkretny, biblijny zapis. Ksiądz Roman wie o tym co nieco.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;Michał miał oczy jak spodki i kubek zamarł mu w ręce. Roman uśmiechał się pod nosem. Sam wiele jeszcze mógłby się nauczyć od słynnego Pawła Kowalczuka, zaufanego biskupa Morawskiego, który koordynował działania przeciw czarownicom. A ten, pouczając młodego, stawia go za wzór. Kowalczuk nacieszył się wywartym wrażeniem, wreszcie poklepał chudzielca po ramieniu i kontynuował.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Świat się zmienił. Nikt już czarownic nie więzi, nie torturuje, nie zabija. Nawet tych, które same winne są śmierci.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Jak nasza?&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Jak nasza. Wyjątkowa paskuda. Póki wróżyła nikt jej nie ruszał. Ale stworzyła rzekomy punkt porad psychologicznych dla kobiet, gdzie czarami nastaje na nierozerwalność małżeństwa i życie nienarodzonych. Skutecznie, niestety. Zadziwiająco skutecznie.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Może dlatego, że w mieście. To jednak duże rozluźnienie obyczajów i kobiety oderwane od domu, od tradycji. Wiele pokus, a parafie duże, więc nadzór duszpasterski słaby.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Może i tak - dopił kawę i skrzywił się. - Ale czarownica w mieście nie powinna mieć zbyt wielkiej mocy. Pamiętaj, że korzysta ona z sił natury, z których czerpie jako służka szatana, księcia tego świata. W otoczeniu cywilizacyjnym, wśród dzieł kultury stworzonej na chwałę Pana, czarownica czuje się wyobcowana. Od zawsze wiedźmy były liczniejsze na terenach wiejskich, a sabaty odbywały w zupełnej głuszy.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Więc skąd ta siła?&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Nie wiemy. Interesująco byłoby się dowiedzieć, ale pilniejsze jest usunięcie jej. Pozbawienie mocy. Pójdę już. Tu macie kartkę z adresem i dojazd. Tramwaj i mały spacerek. Ona spodziewa się gościa o 16:30.&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;- Skup się - Roman powtórzył radę starego księdza, gdy ten wyszedł i wtopił się w tłum. - Modlitwa pomaga. Pozbądź się lęków, wątpliwości, refleksji. Na miejscu nie myśl, tylko działaj. Działaj szybko i zdecydowanie. To nie jest babcia-staruszka. To nie jest pani z kółka różańcowego. Niech cię wzrok nie zwiedzie. To czarownica.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormalCxSpMiddle" style="margin-right: 0px; margin-left: 0px"&gt;&lt;br&gt;&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-4377058180716707846?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/4377058180716707846/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=4377058180716707846' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4377058180716707846'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/4377058180716707846'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/07/herbaciana-czarownica-cz-3.html' title='Herbaciana czarownica cz. 3'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-218709730096086255</id><published>2009-07-09T05:13:00.001+02:00</published><updated>2009-07-13T14:46:51.312+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Herbaciana'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sezon 1'/><title type='text'>Herbaciana czarownica cz. 2</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dobrze - starsza pani wróciła z kuchni, niosąc na tacy dwa parujące kubki. - Napijemy się herbatki ziołowej i wszystko nam się rozjaśni.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Była ciepła i babcina. Doskonale nadawałaby się do reklamy domowych przetworów. Kobiety ufały jej i chętnie otwierały przed nią swoje serca, a ona pomagała im jak mogła. Tego dnia gościła młodą dziewczynę, zaraz po studiach. Z polecenia, choć ostatnio coraz częściej przyjmowała także klientki z ulicy. Delikatna blondynka siedziała zakłopotana na wyściełanym krześle, skubała krótkie, pomalowane na naturalny kolor paznokcie. Naturalna, świeża. Raczej zatai, niż skłamie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Napij się, kochanie. Jak masz na imię?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Paulina.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Opowiedz mi wszystko, Paulino.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Dziewczyna spojrzała w górę, zastanawiając się od czego zacząć. Bibeloty na regale ściągnęły jej wzrok. Patrzyła na książki, wazoniki, drobne figurki z różnych stron świata. Ta różnorodność trochę ją rozpraszała, ale też utwierdzała w przekonaniu, że trafiła do właściwej osoby. Światowej, oczytanej, znającej życie i rozumiejącej różne sytuacje. Tamta nie ponaglała jej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Mam narzeczonego - zaczęła wreszcie. - Poznaliśmy się na studiach. Łaził za mną od pierwszego roku, ale ignorowałam go. Byłam młoda, ładna, głodna wrażeń studenckiego życia. Nie szukałam przygód, chciałam odpocząć od mężczyzn, ale nie rezygnowałam z zabawy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Odpocząć?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zraziłam się. Na przełomie liceum i początku studiów trafiali mi się bardzo atrakcyjni i bardzo zapatrzeni w siebie faceci.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- A narzeczony?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Marek... - zamyśliła się, upiła naparu z kubka. Miał przyjemnie kojący aromat. - Nie był atrakcyjny. Był namolny. Wszędzie za mną łaził, pilnował mnie. Ktokolwiek ze mną zatańczył lub zbyt długo rozmawiał, miał z nim pogadankę o intencjach. Zachowywał się jak starszy brat.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nadopiekuńczy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak, ale on po prostu starał się mnie chronić. A ja czułam się za niego odpowiedzialna. Bo czasem zagalopował się i musiałam go ratować.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jak?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nic specjalnego. Atakował mężczyzn, którzy bawili się ze mną, więc wystarczyło takiego odciągnąć. Do tańca, na spacer, na drinka. Cierpiał przez to bardziej, ale myślałam, że mu pomagam, bo nie dopuszczam do awantury. Do pobicia.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- On myślał, że chroni ciebie, a ty, że chronisz jego i oboje się krzywdziliście.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Paulina schowała się za kubkiem, wykorzystując ziółka, by pomilczeć i przetrawić tę informację. Pani Hania miała rację. Hanna Szablewska - gabinet pomocy psychologicznej. Już dawno koleżanka ją polecała, ale jakoś nigdy nie było okazji, żeby pójść. Nie było wystarczająco dobrego powodu. Teraz się pojawił. Wciąż jednak nie potrafiła przejść do sedna, przedłużała opowieść.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Skutek był taki, że wszędzie bywaliśmy razem i jakoś nas to zbliżyło. Zaczęło się od wspólnego przyjeżdżania czy wracania z imprez, wykładów, egzaminów. Przydarzyła się jakaś wspólna nauka. Inni koledzy też jakoś odsunęli się, bo po co komu dziewczyna z psychopatą za plecami. Wreszcie zgodziłam się przyjmować jego zaproszenia na randki, przedstawił mnie rodzicom. Traktował to bardzo poważnie i zawsze mogłam na niego liczyć. Wreszcie oświadczył się, a ja się zgodziłam. Wyprowadziłam się od rodziców, zamieszkaliśmy razem i jestem w pół drogi do ślubu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Z mężczyzną, którego nie kochasz.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak, ale...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Znów przerwała opowieść i zapatrzyła się. Regał wydawał się teraz dziwnie daleki, skupiła się więc na sukience gospodyni w drobny kwiatowy motyw. Na jej upierścienionych dłoniach. Na obrusie w egipskie koty. Na prawie pustym kubku. Nie wiedziała, co powiedzieć, nie potrafiła podnieść wzroku i spojrzeć w oczy starszej pani.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ale nie o to chodzi, prawda? - dopowiedziała tamta. Spojrzała na wiszący za dziewczyną zegar z kukułką. - Powiedz mi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jestem w ciąży.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Z nim?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wie o tym?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie. Wie pani, on by bardzo chciał tego dziecka. Bo jak będzie dziecko, to ja mu już nigdzie nie ucieknę. A on jest dla mnie dobry, ale przecież...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- To psychopata. Wykorzysta dziecko jako łańcuch, na którym cię przywiąże i każdego dnia będzie go skracał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Boję się. Ja też chciałabym mieć dziecko. Tylko...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie z nim. Nie teraz. Wiem. Spójrz na mnie!&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Dziewczyna podniosła głowę. Spod opadających blond włosów pokazały się załzawione błękitne oczy. Hanna odgarnęła kosmyk z jej twarzy, opuściła dłoń i chwyciła ją za rękę. Paulina widziała jej palce jak przez mgłę, od chwili gdy spotkała spojrzenie gospodyni nie potrafiła oderwać wzroku od ciemnych oczu, które wydawały się rosnąć i ogarniać całe pole widzenia.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Musisz podjąć decyzję. Weźmiesz tę wizytówkę - poczuła wciskany w dłoń kartonik. - Jeszcze dziś zadzwonisz i umówisz się. Po zabiegu wrócisz do rodziców. Nie będziesz z nim rozmawiać. Więcej się nie spotkacie. Teraz idź.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wstała niezbyt pewnie. Odruchowo schowała wizytówkę do torebki, z której z kolei wyjęła przygotowane pieniądze za wizytę. Na miękkich nogach przeszła w stronę drzwi. Pieniądze położyła na przypadkowo wybranej półce regału i wyszła. Starsza pani cały czas siedziała przy stoliku, podpierając głowę rękami.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;font class="Apple-style-span" face="'Trebuchet MS'"&gt;&lt;b&gt;&lt;font size="2"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/font&gt;&lt;/b&gt;&lt;/font&gt;&lt;/div&gt;&lt;br&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-218709730096086255?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/218709730096086255/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=218709730096086255' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/218709730096086255'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/218709730096086255'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/07/herbaciana-czarownica-cz-2.html' title='Herbaciana czarownica cz. 2'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-9001555250541644053</id><published>2009-07-07T08:35:00.002+02:00</published><updated>2009-07-13T14:46:51.312+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Łowca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sezon 1'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Paser'/><title type='text'>Herbaciana czarownica cz. 1</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Dzwonek domofonu przerwał popołudniową sjestę. Krzysztof Wiśniewski, stary warszawski paser, wstał z kanapy i poszedł do korytarza. Oparł się o solidne, metalowe drzwi i wyjrzał na klatkę. Za kratą z prętów stał wysoki mężczyzna w czarnym garniturze. Miał ogoloną głowę i zarośniętą twarz, co w sumie znaczyło, że wszystkie włosy były tej samej długości. Szpakowaty, blady - nie wzbudzał zaufania. Ale Wiśniewski znał go. Żigolak. Tak go nazywał. Może nie wyglądał na amanta - chudy, żylasty czterdziestolatek - ale co najmniej raz w miesiącu pojawiał się torbą pełną biżuterii. Drogiej biżuterii. Paser wcisnął guzik i klient wszedł na maleńki korytarz. Stał teraz przed drzwiami, a Wiśniewski czekał, aż zamknie za sobą kratę. Bezpieczeństwo przede wszystkim.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dzień dobry, panie Antku - powiedział, otwierając drzwi. - Co dobrego?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Wiele dobrego - gość podniósł skórzaną torbę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nie mówił dzień dobry. Nie podawał ręki. Nigdy nie chciał niczego do picia. Wiśniewski starał się być gościnny - w końcu swój kantorek prowadził w domu - ale z nim po prostu się nie dało. Przeszli do salonu. Wszechobecna boazeria pomniejszała jeszcze i tak mikroskopijne mieszkanie. Meble pamiętały zamierzchłe czasy, czuć było stęchliznę i resztki odgrzewanego obiadu. Paser wyłączył telewizor, poprawił narzutę na kanapie.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Oj lubią pana kobitki. Tyle prezentów. Tak często.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Nie pańskie kobitki, nie pański interes - uciął klient.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wysypał zawartość torby na pokryty koronkową serwetą politurowany stół. Było tam kilka łańcuszków zwiniętych w kłębek, jakieś korale, bursztynowe perły, kolczyki i broszki. Na bok odsunął dwa pierścionki i naszyjnik.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Naszyjnik dwa tysiące, pierścień z rubinem tysiąc dwieście, z brylantem trzy trzysta. Drobiazg dwa pięćset za wszystko, tak dla równego rachunku. Razem dziewięć tysięcy. Masz pan?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Wiśniewski wyjął lupę i obejrzał starannie każdą z osobno zaprezentowanych sztuk. Duże, czyste kamienie. Delikatna oprawa. Jak to możliwe, że kobiety mające tak dobry gust, jeśli chodzi o klejnoty, mogły tak źle wybierać mężczyzn? Co one w nim widzą? Trudno, miłość boli, a pusta szkatułka z biżuterią boli jeszcze bardziej. Ciekawe co mówią wtedy swoim mężom? Chyba, że celuje we wdowy. Tak na czarno chodzi.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;W końcu odłożył lupę oparł ręce na stole, nabierając powietrza do przemowy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Tak nie może być - zaczął. Gość przekręcił głowę i milczał. - Łamiesz pan branżowe normy. Normalnie klient przynosi fanty, ja je wyceniam, daję dziesięć do piętnastu procent ceny. Pan przychodzisz z własną wyceną i bierzesz połowę.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Biorę trzydzieści procent wartości rynkowej. Pan odsprzedajesz je jubilerom za czterdzieści, czasem mniej.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ponoszę ryzyko.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Jakie ryzyko? Szukał ktoś kiedy moich fantów? Wypłynęły gdziekolwiek?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- No nie - zająknął się, - ale...&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Ale dziewięć tysięcy. I nie rozmawiajmy już o tym, dobrze?&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Nagle położył paserowi rękę na brzuchu, jakby chciał go odepchnąć. Płasko, palcami ku górze, prawie bez nacisku. Ten trochę zdziwiony gestem cofnął się o krok. W sumie i tak ładnie zarabiał na klejnotach od żigolaka. Po co kusić los i ryzykować utratę dobrego, bezpiecznego dostawcy? Niepotrzebnie negocjowałem - pomyślał.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Dobrze już, dobrze - podreptał do sejfu wmurowanego w ścianę za firanką.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Odliczył pieniądze, które od razu trafiły do torby. Zebrał biżuterię i schował ją z resztą gotówki za pancernymi drzwiami. Gdy się odwrócił, Antoni stał już w progu, gotowy do wyjścia.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Kiedy się zobaczymy? - zapytał jeszcze paser, wypuszczając go.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;- Zobaczymy.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Gość wyszedł na korytarz. Poczekał na zamknięcie drzwi i otwarcie kraty, po czym szybko zszedł po schodach bez odwracania się. Czekała go długa i kręta droga do domu.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;--&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:'Trebuchet MS';"&gt;&lt;b&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-9001555250541644053?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/9001555250541644053/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=9001555250541644053' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/9001555250541644053'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/9001555250541644053'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/07/herbaciana-czarownica-cz-1.html' title='Herbaciana czarownica cz. 1'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6475853554761686986.post-8352871128680035593</id><published>2009-06-29T10:59:00.005+02:00</published><updated>2009-07-06T17:34:23.747+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='organizacyjne'/><title type='text'>Intro</title><content type='html'>&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;b&gt;Sigillum Diaboli&lt;/b&gt; - blog na czarownice - to powieść w odcinkach o współczesnych polowaniach na czarownice. Powieść - fikcja. W odcinkach - lepiej czytać od początku.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;Obrzędy, symbole i właściwości magiczne zostały wymyślone na podstawie synkretycznego pop-okultyzmu. Słowem - nie próbuj tego w domu, bo i tak nie działa. Chyba, że wierzysz, że działa - to wtedy tak. Nie należy nie doceniać efektu placebo.&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;--&lt;div&gt;&lt;b&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-size:small;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span"  style="font-family:'trebuchet ms';"&gt;kliku-kliku, Czytelniku:&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6475853554761686986-8352871128680035593?l=sigidia.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sigidia.blogspot.com/feeds/8352871128680035593/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6475853554761686986&amp;postID=8352871128680035593' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/8352871128680035593'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6475853554761686986/posts/default/8352871128680035593'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sigidia.blogspot.com/2009/06/intro.html' title='Intro'/><author><name>Bartosz Chmiel</name><uri>https://profiles.google.com/113787803372149430430</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='32' src='//lh5.googleusercontent.com/-rRm6GywEtyI/AAAAAAAAAAI/AAAAAAAAA1M/WA3KzX_1_gY/s512-c/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
